Translate

niedziela, 24 marca 2013

Wyprawa trzecia do Czarnobyla - wrzesień-październik 2011

Wyjazd w marcu 2011 ze strefazero.org był tak udany, że postanowiłem jak najszybciej pojechać tam jeszcze raz. Wyjechaliśmy z Białegostoku we dwójkę z Karolem Kundziczem, a miejsce w pociągu zajął nam Marek Giersa z Suwałk i tak w trójkę rozpoczęliśmy wyjazd do Czarnobyla. Z Warszawy wyjechaliśmy z lekkim opóźnieniem. jeden z uczestników spóźniał się. Po piętnastu minutach wsiadł do autokaru i wyruszyliśmy. Za każdym razem Paweł Mielczarek prosi o sprawdzenie paszportów. Tak było i tym razem. Pamiętam, że spytałem kolegę, który się spóźnił. czy ma paszport? Odpowiedział, że tak. Podróż autokarem jest niezwykle ciekawa. Oprócz zawierania nowych znajomości można raczyć się specjałami, opowiadać o swoich doświadczeniach. Bywa różnie ale podczas moich wyjazdów nie zdarzały się jakieś sensacje. Podróżując autokarem trzeba mieć świadomość, że nie można zatrzymać się w dowolnym momencie. Każde opóźnienie może odbić się na czasie pracy kierowców, którzy muszą o określonej godzinie dotrzeć na miejsce czyli do Sławutycza. Dlatego też postoje są dobrze wyliczone i trzeba czas postoju dobrze wykorzystać. Przypomina mi się jak Prezydent Lech Wałęsa, w swoim czasie, powiedział, że podczas prezydentury nauczył się, że sikać trzeba wtedy kiedy można, a nie kiedy się chce. Tak samo jest w przypadku podróży autokarem. Co prawda po stronie Ukraińskiej zdarzają się przypadki wywieszania na toalecie kartki z napisem, że toaleta jest zepsuta, po to żeby nie sprzątać po grupie kilkudziesięcioosobowej. 
Wracając do podróży, granicę przeszliśmy z małym problemem otóż kolega, który się spóźnił, jak później dowiedzieliśmy się nazywał się Marek Modrzyński wziął ze sobą paszport, ale nie swój tylko syna i niestety na granicy musiał nas pożegnać. Obiecał przyjechać do Sławutycza na własną rękę i rzeczywiście tak się stało. Natomiast my po całym dniu podróży, około godziny siedemnastej,  znaleźliśmy się w Sławutyczu. Warto wspomnieć, że nazwa Sławutycz pochodzi od wyrazu, którym w średniowiecznej Rusi Kijowskiej nazywano Dniepr.




Sławutycz jest pięknym ale i tragicznym miasteczkiem. Obawiam się, że może podzielić los Prypeci. No cóż po zakwaterowaniu, tym razem w kwartale Biłgorodzkim udaliśmy się na kolację do "Starego Tallina". Jeśli mnie pamięć nie myli to w końcu wylądowaliśmy w restauracji "Sławutycz" gdzie później jadaliśmy śniadania i kolacje. W tym samym budynku, na dole znajduje się sklep ATB.






Oto nasza droga do miejsca zakwaterowania.  Za każdym razem mieszkańcy Sławutycza udostępniają nam swoje mieszkania. Standard jest odpowiedni. Każdy z mieszkańców dba o swoje mieszkanie na tyle na ile może sobie pozwolić. Doceniamy to, że wpuszczają nas do swojej prywatności. Są bardzo uprzejmi i mili.


W mieszkaniu rozgościliśmy się i przygotowaliśmy do wyprawy w dniu następnym. Trzeba wcześnie rano wstać, zabrać sprzęt, pójść na śniadanie. Potem przemarsz na stację i przejazd kolejką do Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. Po przejściu kontroli paszportowej i krótkim szkoleniu przeprowadzonym przez Siergieja Akulinina wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy pod sarkofag bloku czwartego.



Po raz trzeci miałem możliwość patrzenia na sarkofag. Pogoda była, jak widać, taka sobie. Było pochmurno i jesiennie. Był już 29 dzień września 2011 roku. Pomimo braku słońca byłem bardzo zadowolony. Za każdym razem kiedy mogę stanąć przy sarkofagu odczuwam wielką radość, że oto po raz kolejny wypełniło się i jestem.
Po zrobieniu zdjęć wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy do Prypeci.


Tuż przy wjeździe zaskoczenie! Zmienili stary napis na nowy! Bez sensu! Tamten był o niebo lepszy, no ale cóż, idzie nowe...
Prypeć jesienią jest cudowna! Kolorowa! Roślinność pokazuje, że pomimo podwyższonego promieniowania rośnie sobie w najlepsze!




Roślinność zakrywa budynki. Trudno odnaleźć drogę i nawet stojąc na Placu Centralnym Prypeci można zabłądzić. Poszliśmy ulicą łazariewa do budynku Poczty i Centrum Łączności.



A oto i główna hala Poczty.  Wszędzie leżą porozrzucane kartki pocztowe, druki śmieci i panuje ogólny bałagan. Jak wszędzie. Pocztę spenetrowałem w marcu 2011 roku bardzo dokładnie. Moi koledzy chcieli ją zobaczyć więc starałem się pokazać im, moim zdaniem,  interesujące miejsca.





Opuszczając Pocztę utrwaliłem niezwykle interesujący i jakże obrazujący ZSRR fresk. Ileż w nim propagandy, symboliki i dumy!
Tuż obok Poczty znajduje się budynek Technikum Zawodowego Nr. 8. Zaszliśmy tam bardzo chętnie.









Warto zwrócić uwagę na kalendarze, które można odnaleźć w różnych miejscach Prypeci. Oto mamy rok 1991 czyli pięć lat po awarii. W budynku Technikum mieścił się zapewne jakiś punkt  związany z likwidacją skutków awarii.








Porozrzucane zabawki powodują w nas emocje, żal, ból, współczucie? Z drugiej strony warto zadać sobie pytanie - co w Technikum Zawodowym robią zabawki? Zagadka! Nic podobnego w Prypeci podkładane są różne rzeczy w celu właśnie wzbudzenia emocji. Tak zapewne jest i w tym przypadku. Oczywiście są miejsca, które wzbudzają niesamowite emocje. Dla mnie są to przedszkola dla innych szkoły, jeszcze innym mieszkania. Przedszkola pokazują bezradność i bezsilność! jak ochronić to co dla nas najważniejsze - dzieci? Pokażę je później.
Pierwszy dzień wyprawy przewidywał jedynie kilka godzin w Prypeci potem przejazd do Czarnobyla. Śpieszyliśmy się. Tuż obok Technikum Zawodowego Nr. 8  jest Pałac Kultury "Energetyk" . Z tyłu teatru jest pomieszczenie, które nazywamy Centrum Propagandy. Zachowały się tu portrety ówczesnych oficjeli.




Z tego małego pomieszczenia - centrum propagandy drzwi prowadzą na scenę teatru. Jest tam ciemno i w zasadzie trudno zrobić dobre zdjęcie. Flesz  oświetla jedynie pierwszy plan.







Pałac Kultury "Energetyk" jest dużym budynkiem z wieloma poziomami i pomieszczeniami. Oto  w jednym z małych pomieszczeń znalazłem kasę pancerną. prawdopodobnie była tam jakaś kasa.






Na pierwszym piętrze znajduje audytorium. A w zasadzie to co z niego pozostało. Pałac Kultury "Energetyk" posiadał również salę gimnastyczną i okrągły budynek, w którym mieścił się ring bokserski. Pokazałem go w poprzedniej wyprawie.








Wyjście z Pałacu Kultury "Energetyk" jest niebezpieczne. Schody są zupełnie zniszczone i śliskie. Warto o tym pamiętać, że w Prypeci większe zagrożenie stwarzają budynki, schody czy odkryte studzienki niż promieniowanie.




Kiedy po raz pierwszy stanąłem na Placu Centralnym w Prypeci poczułem niesamowitą radość i spełnienie. Oto niemożliwe stało się możliwe. Tak jest za każdym razem. Podczas tej wyprawy również byłem pod ogromnym wrażeniem tego miejsca.
Po tym krótkim pobycie w Prypeci udaliśmy się do Czarnobyla. Po drodze, oczywiście zatrzymaliśmy się na panoramie widokowej (zakręt drogi przy zbiorniku chłodzącym) i robiliśmy zdjęcia 



Blok 5 i 6 tym razem widziany z drugiej strony.


A oto i widok 3 i 4 bloku. Jakże psuje ten widok dźwig ustawiony przy bloku 3. Podczas następnej wizyty okaże się po co go tam ustawiono.
Jadąc do miasta Czarnobyl zatrzymujemy się w miejscu gdzie przed awarią była wioska Kopaczi (Kopacze). Po awarii wszystkie zabudowania zostały zburzone i zakopane.




Na tym zdjęciu, po prawej stronie widać grupkę uczestników naszej wyprawy. Jedzą jabłka z drzew owocowych, którym nie przeszkadza promieniowanie...


Mijając Punkt Kontrolny "Leliv" dojeżdżamy do miasta Czarnobyl. Tutaj również zmieniono tablice z nazwą.


Nasza wyprawa ma charakter naukowy. Mamy w programie dwa wykłady. Jeden w Czarnobylu w Czarnobylskim Radioekologicznym Centrum - "Ekocentr".







Ze względu na to, że nasza wyprawa ma charakter naukowy bierzemy udział w wykładzie, który prowadzi właśnie Pan ze zdjęcia. opowiada jak to w urządzeniu przed nim badane są próbki powietrza, wody, ciał stałych pobieranych z różnych stron strefy. Niezwykle interesujący wykład. Zwłaszcza, że sprzęt jakim dysponują to już historia. To już odległa historia.






Warunki też jak widać normalne. Nic ekskluzywnego. Ot zwykła praca zwykłych ludzi. Czy ktoś może powiedzieć jak ważna jest ta praca dla wszystkich? Czy ktoś to docenia? Wychodzimy i mamy kilka chwil w Czarnobylu.






Po opuszczeniu terenu  Czarnobylskiego Radioekologiczneg Centrum - "Ekocentr"  jedziemy do centrum Czarnobyla. Z budynku dawnego kina i jeszcze wcześniej sklepu spożywczego zrobiono Muzeum w Czarnobylu.



Tuż przed budynkiem Muzeum, powstał pomnik Anioła, jak sądzę zagłady i pomnik upamiętniający awarię. Wykorzystano motyw z Muzeum "Czarnobyl" w Kijowie - szereg tablic z nazwami wiosek, które przestały istnieć po awarii. Za każdą nazwą kryją się mieszkańcy, których dosięgnęło nieszczęście. Stracili wszystko.



A to mieszkańcy Czarnobyla przed swoją stołówką, gdzie mają zapewnione posiłki. Mieszkańcy to pracownicy strefy. Pracują dwa tygodnie. Potem dwa tygodnie mieszkają u siebie, potem znowu wracają do pracy i tak w kółko. Dobrze płacą w strefie. Kolejnym punktem wyprawy jest cerkiew w Czarnobylu.







W cerkwi nabożeństwa odprawiane są tylko w niedziele. Teraz jest zamknięta. Widać, że jest zadbana.
Po chwili wsiadamy do autokaru i jedziemy na dawny stadion miejski. Można obejrzeć tam resztki sprzętu biorącego udział w likwidacji skutków awarii. Od 2012 roku już nie. Zrobiono placyk przy wjeździe do Czarnobyla od strony Elektrowni na którym jest wystawa sprzętu. Opowiem o tym później.




To co zostało to już same resztki. Chociaż jak widać rzeczywiście ten sprzęt brał udział w likwidacji skutków awarii.


Po stadionie już tylko minutka na drodze do portu. Już, niestety, nie można podjechać bliżej. U nich w strefie obowiązuje magiczne słowo - nie można - i tyle. Dlaczego nie można? Po prostu nie można i tyle.


Tym razem udało się przedłużyć spacer po Czarnobylu i dane nam było zobaczyć Synagogę, którą później przekształcono w - военкомат.








Tutaj też spędziliśmy tylko kilka minut. Ale za to spacer po Czarnobylu był wspaniały. Kolory jesieni skryły budynki, wszystko wyglądało normalnie, pięknie.










Wyjeżdżaliśmy z Czarnobyla.  Zawsze zatrzymujemy się przy Pomniku Strażaków w Czarnobylu - Tym, którzy uratowali świat!


Obiad w stołówce w Czarnobylu jadłem już po raz trzeci. Smakował. Jak zawsze. Wejście prze rentgenometry zwane wagami.



A to stołówka pracownicza w Elektrowni uwieczniona przez Marka Giersę. Wzięliśmy więcej chleba i po obiedzie podjechaliśmy na most kolejowy, z którego karmiliśmy sumiki, a w zasadzie sumy.





Wspaniale zadbane drzewka wokół dróg w Elektrowni.


Chwila przed symbolem Prypeci. Zostałem uwieczniony z naszą przewodniczka przez Marka Giersę.


Jedziemy do Burakówki. Po drodze Stacja Janów. Byłem tu już wiosną. Teraz jestem znowu. Stacja Janów nie robi już takiego wrażenia jak za pierwszym razem ale jest to równie przerażające miejsce jak każde w zonie.




















Tym razem uwiecznił mnie i Marka Giersę Karol Kundzicz. Na głowie mam kamerkę, którą rejestrowałem całą wyprawę. nagrałem 24GB i do tej pory nie umiem tego obrobić. Może kiedyś...


Opuszczamy Stację Janów. Jedziemy do Burakówki, gdzie będziemy mieć wykład o składowaniu materiałów radioaktywnych. Wewnątrz budynku możemy robić zdjęcia. Pan opowiada w jaki sposób budowane są transzeje, w których składowane są, zwożone ze strefy materiały radioaktywne.



Badania wykazały, że najlepszym materiałem izolującym środowisko od materiałów radioaktywnych jest glina. Każda transzeja zbudowana jest w oparciu o powyższy schemat. Zapewnia to bezpieczeństwo środowiska. Inne materiały typu beton, stal nie zdały egzaminu. Oto widzimy ludzi, którzy bezpośrednio biorą udział w likwidacji skutków awarii do dzisiaj.



Możliwości składowania Burakówki były już na wyczerpaniu. Ja sądzę już nie przyjmuje materiałów radioaktywnych. Opuszczamy budynek biurowy i jedziemy na składowisko Burakówki. I tym razem robi wrażenie.








Jak widać promieniowanie jest duże. Tuż przy sprzęcie. Już kawałek dalej jest prawie normalne.








Marek Giersa uwiecznił mnie w Burakówce. Wykorzystałem to zdjęcie później do zrobienia plakatu (moja córka Karolina zrobiła mi całą oprawę graficzną) dotyczącego mojej prelekcji o Czarnobylu, którą przeprowadziłem w 2012 roku w lutym w osiedlowym Klubie "Zenit".
 


Maszyny pracują nad kolejna transzeją. Zasypują materiał radioaktywny. Już wyjeżdżamy do stacji Semihody, a stamtąd do Sławutycza.
Po powrocie do Sławutycza spotkaliśmy Marka Modrzyńskiego. Tak, jak obiecał, przyjechał pociągiem. Stracił jeden dzień w strefie ale nie był zmartwiony. 




Marek Modrzyński, Karol Kundzicz i ja - Andrzej Urbański. Po kolacji jemy kolację... Nabieramy sił przed jutrzejszym dniem. 
Dobrze jest wziąć z sobą przedłużacz żeby podłączyć wszystkie ładowarki. Zawsze tak robię. Baterie się ładują, my też ładujemy baterie.
Poszliśmy spać i stało się jutro. Po porannych ablucjach wychodzimy na śniadanie. Podczas tej i następnych wypraw wszystkie posiłki będziemy jeść w Restauracji "Sławutycz". Restauracja "Stary Tallin" nastawiła się na Francuzów i innych oprócz Polaków. Ceny zaporowe były nie do przejścia przez organizatorów naszej wyprawy.
Po śniadaniu szybki przemarsz na stację kolejową. Wsiadamy do kolejki. Znowu te same zasady. Zajmowanie miejsc poprze położenie różnych drobiazgów. Staramy się nie burzyć tych zasad. Siadamy w miarę możliwości na wolnych miejscach. Mała drzemka i już Semihody. Wychodzimy, kontrola paszportowa i przejazd autokarem do Prypeci. Idziemy w czwórkę. Zaczynamy od ulicy Lesi Ukrainki . Oto jeden z kilku szesnasto piętrowych budynków.


Co za spotkanie. Na opustoszałej ulicy Lesi Ukrainki spotykamy parę staruszków. Po co tu przyszli? Idą od strony kołchozu Nowe Szepeliczi. Czego szukają?
Poszliśmy w kierunku chwytaka.  Chwytak - najmocniej napromieniowany przedmiot w Prypeci stał się stałym punktem wypraw.



Oto Marek Giersa, Marek Modrzyński i Karol Kundzicz przy chwytaku.

 
Wewnątrz czerpaka jest największe promieniowanie. Trzeba potrzymać rentgenometr przez chwilę, a rośnie, rośnie i rośnie. Chwytak  znajduje się na terenie magazynów i tuż obok zaczyna się teren Zakładu "Jupiter" . Nie udało mi się zajrzeć tam w marcu. Miałem nadzieję na spenetrowanie Zakładu "Jupiter" właśnie teraz. Prypeć jest strasznie pogrodzona siatką, drutem kolczastym. Czasami nie da się w ogóle przejść. Potrzebne są maczety. Nie udało się przejść najkrótszą drogą. Wróciliśmy do skrzyżowania i skręciliśmy w lewo w ulicę Fabryczną. Oczom naszym ukazał się wielki biurowiec Zakładu "Jupiter" . Opuszczone miasto robi przygnębiające wrażenie. Czuje się niepokój. Nie wiadomo czy za chwilę nie wyjrzy zza krzaków zwierzę czy człowiek. Nie wiadomo co gorsze. W Prypeci spotyka się wiele śladów i jednych i drugich. Zwierzęta żyją sobie spokojnie, a ludzie sobie spokojnie penetrują Prypeć. Złomiarze wycinają kaloryfery i wszystko co ma jakąkolwiek wartość. Robi to niesamowite wrażenie. Zwłaszcza w budynkach mieszkalnych, które są ograbione ze wszystkiego.

 







Tak wygląda Zakład "Jupiter" . Nie można już przejść do hal fabrycznych. Wszystko jest zarośnięte.






Zakładzie "Jupiter" znajdujemy olbrzymią ilość dozymetrów osobistych. W tym zakładzie według oficjalnych informacji produkowano części do magnetofonów kasetowych. W STREFIE ATOMOWEJ w Zakładzie "Jupiter" PRODUKOWANO CZĘŚCI DO MAGNETOFONÓW KASETOWYCH. Większej bzdury nie można było wymyślić? Zakład "Jupiter" był fabryką, w której odzyskiwano Pluton 239 z prętów paliwowych reaktorów RBMK 1000 Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. Metodami fizyko-chemicznymi udawało się wyprodukować Pluton 239. Do niedawna jeszcze były zainstalowane długie wanny do tych procesów. Jak mówi Marek Rabiński, już tych wanien nie ma. Złomiarze wywieźli wszystko co się dało. Podobno w tej chwili w Zakładzie "Jupiter" są puste hale. Niestety nie udało mi się tam dotrzeć.




Opuściliśmy Zakład "Jupiter" . Próba przejścia do ulicy Lesi Ukrainki od strony ulicy Sportowej nie powiodła się i musieliśmy wrócić tą samą drogą.




Budynek Posterunku Milicji jest opanowany przez roślinność. Marek Giersa prowadzi nas do środka. Byłem tu już w marcu i pokazałem kolegom to co ciekawe w tym budynku, a mianowicie areszt.


Tuż przy wejściu do aresztu znajduje się taka celka. Sprawdziliśmy, nie jest tam fajnie. Marek Giersa w areszcie.



A to już właściwy areszt, korytarz z celami pojedynczymi i wieloosobowymi.



Wyjście z aresztu, poprzez "spacerniak" prowadzi na placyk poza posterunkiem. W marcu nie udało nam się tędy przejść. Teraz było to możliwe.





Komu chciało się wciągać te samochody na dach?



Tuż za  Posterunkiem Milicji jest Straż Pożarna .








Postanowiliśmy wejść do jakiegoś budynku mieszkalnego. Wybór padł na budynek przy ulicy Lesi Ukrainki 38/2. jest to 16 piętrowy budynek mieszkalny.


Jak widać wejścia do budynków nie są łatwe. Roślinność broni dostępu. 




Budynki mieszkalne wyglądają podobnie. Wszystkie. Szyby wind, jeśli są to są zniszczone i rozkradzione. Zdemolowane.




Oto gry i zabawy ludu ukraińskiego! Niezła impreza była. Żal na to wszystko patrzeć bo przecież mieszkanie to dom. To miejsce gdzie się wraca po pracy. Gdzie jest rodzina, dzieci gdzie warto żyć. A taki obrazek pokazuje bezwzględność i głupotę tych, którzy tu przyszli kraść! Jak powinny wyglądać mieszkania i wszystkie inne budynki w Prypeci? Normalnie. tak jak ich mieszkańcy wyszli, tak powinno to wyglądać. Możliwy jest oczywiście nieład wynikający z pośpiesznej ewakuacji ale nic poza tym. Czy okna same się otworzą, czy szyby same się wybiją? Oto pytania, na które jest jedna odpowiedź - bo właśnie tacy jesteśmy, my ludzie. Nie ważne, że robili to Ukraińcy. Polacy zrobiliby tak samo. Bo taka jest natura człowieka. Zawsze, jadąc samochodem obserwowałem jak rolnicy wypasali bydło przy drodze. Przecież te krowy już prawie asfalt skubały. Dlaczego krowy jadły trawę z przydrożnych rowów? Bo była niczyja! Niczyja?, a więc i moja - tak myślą właściciele krów. A ołów? jaki ołów, ktoś widział kiedyś ołów na trawie? Tak samo działo się w Prypeci. Niczyje?, a więc może być moje. - Dawaj, a reszta won i tyle.



























Jedyny ślad po  mieszkańcach - oto spis lokatorów... Moi koledzy chcieli wejść na dach jednego z wieżowców zwanych Fujiyama . 





Ze względu na to, że Fujiyama bis została opanowana już przez jedną grupę z naszej ekipy wybór padł na Fuijyamę. Ze względu na to, że byłem w marcu na Fujiyamie bis teraz sobie odpuściłem. Stałem na dole i czekałem na kolegów. Grupa z  Fujiyamy bis zachowywała się tak głośno, że słychać ich było w całej Prypeci. Był z nimi chłopak, który zaczął pić w Warszawie przy wyjeździe, a może i jeszcze wcześniej. Skończył po przyjeździe, a może przerwał na chwilę? Pytanie jest tylko to po co tu przyjechał?




Stałem na dole, spacerowałem. Widziałem z daleka pracownika ochrony, który szedł w moją stronę. Grupa na dachu też go zobaczyła i schowali się. Przechodząc koło mnie powiedział, że to ostatni raz kiedy Polacy przyjechali do Prypeci. Był wściekły. Zadzwoniłem do moich kolegów i powiedziałem żeby uważali na strażnika. 
Po kilkunastu minutach zeszli z dachu bardzo zadowoleni. Poszliśmy Aleją Budowniczych w kierunku Przedszkola "Czeburaszka"



Przedszkole, szkoła to są miejsca, gdzie widać całą tragedię. Jesteśmy po to by chronić nasze dzieci! Tutaj nie było szans. I oto co zostało...



To, co skrywa się za tym zieloniutkim krzaczkiem to ten sam młot złomiarzy, który znalazłem tu w marcu.
Przedszkole robi wrażenie, za każdym razem!


























I oto nie może zabraknąć portretu tego, który ponosi odpowiedzialność za wszystko. Twórcy systemu, o którym uczono dzieci w Prypeci. Odnajduję tu ślady swojego dzieciństwa i młodości. Nam też towarzyszył Lenin, Stalin i Rewolucja. na szczęście już nie towarzyszy. Za to mamy wspaniałą demokrację...





W marcu ten rowerek leżał na parapecie wybitego okna w przedszkolu. Teraz zawędrował na trawę. W następnej wyprawie siedziałem z Markiem Rabińskim na placyku za technikum zawodowym przy budynku transformatora . Spostrzegłem taki sam rowerek. Wydawało mi się, że ktoś go przyciągnął z przedszkola. Marek wyjaśnił mi, że taki model był bardzo powszechny i mogłem widzieć wiele rowerków. Nie koniecznie jeden i ten sam. Ciekawe, że nie przyszło mi to do głowy.
Pożegnaliśmy przedszkole i skierowaliśmy się do Wesołego Miasteczka idąc przy stadionie minęliśmy Kawiarnię "Olimpia" . 



Dziwne, w Kawiarni "Olimpia"  był dział mięsny i rybny?



W głębi po prawej wejście do kawiarni. Puste ściany zapewne były kiedyś przeszklone.






Oto właśnie wejście do kawiarni. A to co zostało z napisu ...

Tuż za rogiem zaczyna się Wesołe Miasteczko. Diabelski Młyn ledwie widoczny za drzewami.




Promieniowanie? Jak promieniowanie, dwukrotnie przekroczona norma Ukraińska. Niewiele.



Tu jest trochę więcej. Pięć razy więcej niż pozwala norma Ukraińska. Nie mówię tego żeby lekceważyć  promieniowanie. Ale na razie tak mało wiemy o wpływie promieniowania na ustrój człowieka, że nie warto panikować. Podczas każdej wyprawy dostaje mniej niż można dostać podczas podróży samolotem na trasie Warszawa- Nowy Jork.



Oto kolejny przykład na chamstwo, tym razem zwiedzających. Prypeć to miasto, które doświadczyło od człowiek najgorszego. Ludzie co prawda zbudowali Prypeć ale też ją zamordowali. Młode, szesnastoletnie miasto. Chodząc po Prypeci widzimy dokładnie, że miasto to ludzie. Budynki są im tylko potrzebne do życia. Bez Ludzi nie ma miasta. Jest tylko ruina, smutek i żal. I po co śmiecić? Nie można tego zabrać z sobą?






Tuż przy ogrodzeniu samochodzików jest tzw. "Hot Point" gdzie promieniowanie jest duże. To znaczy całe spektrum. Gamma jest na poziomie 9 uSv/h. Po zdjęciu ołowianej osłony z Terra-P można zmierzyć beta. W takim wypadku rentgenometr pokazuje 100 uSv/h. I co? Nic. Pokazuje.


Po wyjściu z Wesołego Miasteczka tuż przy kompleksie Restauracyjno-Handlowym mijamy tajemniczy wjazd do budynku. W następnej wyprawie zajdę tu.



A to Pałac Kultury "Energetyk" . Za drzewami ukrył się wydział propagandy, w którym byliśmy wcześniej.


Już nikomu nie potrzebne liczydło. Czy ktoś jeszcze umie się posługiwać liczydłem? Mnie w szkole uczono jak liczyć na tym wspaniałym wynalazku. Kiedy byłem już w ogólniaku rodzice kupili mi pierwszy kalkulator. kosztował majątek 6000 złotych. Dwie pensje. Miał cztery działania. Do dzisiaj jeszcze działa.


To zdjęcie pokazuje, że oto stojąc tak blisko Wesołego Miasteczka czy jakiegokolwiek budynku trudno jest cokolwiek rozpoznać. A przecież za drzewami widać Diabelski Młyn. Poszliśmy ulicą Łazariewa w kierunku ulicy Sportowej. Po drodze weszliśmy na chwile do bursy szkolnej.




Marek Modrzyński chciał jeszcze zajrzeć do prywatnych mieszkań. Zaszliśmy więc do budynku przy ulicy Łazariewa 9. Ciągle piszę o studzienkach. O odkrytych studzienkach. Jesienią jest łatwiej zobaczyć zagrożenie.




Oto i wejście do bloku. Przedzieraliśmy się tutaj przez zarośla. Udało się.





















Taki widok pojawia się przy wyjściu z klatki schodowej. A za plecami mamy klatkę schodową. Po lewej jest zsyp śmieci.


Jeszcze chwilka i mijając Dom Usług "Jubilejnyj" wchodzimy na ulicę Sportową, którą docieramy do Basenu "Lazurowy"


Najbardziej rozpoznawana skrzynka pocztowa przy Domu Usług "Jubilejnyj". Zaczynamy od małego basenu bo wejście do niego jest na parterze, w lewo od głównego wejścia.




To co widać za oknem to już budynek Szkoły Średniej Nr. 3.












Weszliśmy na basen po schodach pomijając salę gimnastyczną. Teraz wychodzimy przez nią.


Basen jest blisko szkoły. Idziemy tam. I oto Szkoła Średnia Nr. 3. W stołówce szkolnej ktoś rozrzucił maski przeciwgazowe.




Szkoła Średnia Nr. 3.  Budzi współczucie, żal i smutek.







































Opuszczamy szkołę. Byłem tu już trzeci raz. Za każdym razem mam te same uczucia. Opisując poprzednią wyprawę pokazałem Dom Usług "Jubilejnyj". Zaszliśmy tu na chwilę bo czas już się nam powoli kończył. Zaraz mieliśmy wyjechać z Prypeci. O ile dobrze pamiętam to zrezygnowaliśmy z obiadu. W Domu Usług jest tak jak wszędzie. Zniszczenia, zniszczenia i zniszczenia...

























Widać czekający na nas autobus. I tak skończyła się wizyta w zonie. Pożegnałem Prypeć obiecując, że wrócę jak najszybciej się da.
Przed nami jeszcze dekontaminacja wieczorna. Tak jak poprzednio po powrocie do Sławutycza wzięliśmy z sobą potrzebne do kolacji artykuły w postaci piwa i wina. Nie każdy lubi samogon. Pojechaliśmy opisywanym wcześnie autobusem. Kolacja jak kolacja, wino jak wino ale bania? Cudo. Tak jak poprzednio po zjedzeniu i popiciu poszliśmy do bani. Tym razem nie było śniegu ale kociołek cały czas był w użyciu. Wróciliśmy na kwaterę. Rano oddaliśmy klucze gospodyni i poszliśmy do autokaru, który stał przed Szkołą Artystyczną .


Na koniec każdej wyprawy odwiedzamy Pomnik tym, którzy zginęli w awarii. Pomnik stoi na skraju Placu Centralnego Sławutycza i Parku.




  
  


Plac jest wspaniałym miejscem. Można tu pić piwo, spacerować, siedzieć na ławeczkach. Nikomu to nie przeszkadza. Do sklepu "Sojuz" blisko.







Krótka chwila zadumy, złożenie wieńca i kwiatów. Ot zwykłe podziękowanie tym, którzy oddali życie. Nie wiem jak inni ale ja jestem wdzięczny im za to co zrobili.
Wsiedliśmy do autokaru i pojechaliśmy do Kijowa. Zakwaterowaliśmy się w Hotelu "Turist" . Całe popołudnie i wieczór był przed nami. Pojechaliśmy metrem ze stacji Lewobiereżnaja na stację Kreszczatik.





W weekendy Kreszczatik zamykany jest dla ruchu drogowego. To co widać po drugiej stronie ulicy to dwie demonstracje. jedna popierająca Julie Tymoszenko, druga potępiająca.





W tej oto "Puzatej Chacie" przy ulicy Basejnej zjedliśmy wspaniały obiad. Później wielokrotnie będę tu jadać. Pierwszy raz był ciekawy. Tego typu restauracje czy raczej bary samoobsługowe mają dwa działy. Bar i kawiarnia. W tej Restauracji bar jest na dole, kawiarnia na górze. Co polecam? wszystko! Najlepiej zacząć od Wareników z mięsem, a potem jak leci, barszcz z pampuchami, i co tylko chcecie. każdy znajdzie sobie coś smacznego. Obiad w takiej sieciówce kosztuje około 60 hrywien czyli 24 złote. Jest smazcnie, miło, czasami jedzenie nie jest za gorące ale zawsze smaczne. W kawiarni polecam koniak trójgwiazdkowy (co by to nie znaczyło) i tort. Są różne torty. Polecam wszystkie. Doskonałe jest też piwo Aksamitne. Ciemne piwo, bardzo smaczne.








Spacer po Kreszczatiku doprowadził nas na Majdan Niezależności. Odbywała się tu jakaś impreza.












Ten wspaniały pomnik poświęcony słowiańskiej Bogini - Berehyni, która według mitu miała strzec tożsamości narodowej. Była ostoją Ukrainy. Jest to olbrzymi pomnik na wielkiej kolumnie stojący na Majdanie czyli Placu Zwycięstwa. Został otwarty w 2001 roku w 10 rocznicę odzyskania niepodległości przez Ukrainę.



Poszliśmy w górę na Plac sofijski ulicą Sofijską. Zabawiliśmy tu chwilę. Marek Modrzyński chciał zwiedzić Sobór Św. Zofii.




Poszliśmy na Kreszczatik. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę  przy "Złotych Wrotach".






Było już późno ale chcieliśmy zobaczyć Kreszczatik nocą. Było pięknie.














Wróciliśmy do Hotelu Turist. Zjedliśmy coś w Mc Donald's tuż przy hotelu. Kupiliśmy wino i planowaliśmy wieczór. Ostatecznie wylądowaliśmy w Hotelowej restauracji. Wypiliśmy piwo, zjedliśmy jakieś chipsy do piwa. Pogadaliśmy z cudzoziemcami i niestety jutrzejszy dzień był krótki bo trzeba było wyjechać z Kijowa około 16. A zatem trzeba było iść spać. I tyle. tak się skończył ten dzień. Szybko.
Następnego dnia rano, po śniadaniu w hotelu, znieśliśmy bagaże do autokaru, a sami pojechaliśmy metrem na stację "Dniepro". Lepiej było wysiąść na "Arsenalnej" ale stało się jak się stało. Szliśmy pod górę do Ławry Pieczerskiej





















Ławra Pieczerska , robi wrażenie. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, a więc poszliśmy do Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941-1945. Ciekawe, że ani Rosjanie, ani Ukraińcy nie używają terminu II Wojny Światowej.







Tuż, przy wejściu, po prawej stronie jest Muzeum poświęcone Żołnierzom ZSRR - Internacjonalistom czyli biorącym udział wojnach od Hiszpanii 1936 r.  po Afganistan 1979-1989 r.






Za tym Muzeum znajduje się kolejne - Muzeum sprzętu zdemilitaryzowanego.






















I oto widoczna z każdego punktu kompleksu muzeów - Matka Ojczyzna. Poszliśmy więc w jej kierunku przez niesamowite wrota pełne płaskorzeźb. Owszem, jest w tym wiele propagandy i jest to typowe dla ZSRR. Do tego kompleksu muzeów pasuje doskonale. To przecież ich historia...













I oto Matka Ojczyzna. Ogromny pomnik wykonany z tytanu przez Jewgienija Wuczeticza. Masa tego posągu to 530 ton, a wysokość wraz z budynkiem to 102 metry. Sam monument mierzy 62 metry wysokości.




Po wyjściu z kompleksu Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej poszliśmy właśnie w kierunku stacji metra "Arsenalna". Po drodze mijaliśmy Muzeum Wielkiego Głodu i Park Sławy.







Nie udało mi się zrobić zdjęć w metrze. Nie jest to mile widziane. Stacja "Arsenalna" jest chyba najgłębszą stacją kijowskiego metra. Zjeżdża się dwa poziomy w dół. Schody kijowskiego metra jadą bardzo szybko. Tak samo szybko jedzie metro i tak samo szybko upływa czas. Wróciliśmy pod Hotel, zrobiliśmy zakupy w sklepie osiedlowym. Żona prosiła mnie o krówki ukraińskie. Nie wiem jak się nazywają dokładnie ale są super. I to w zasadzie wszystko. Wyprawa skończyła się z chwilą wyjazdu. Co prawda przejazd autokarem jest bardzo atrakcyjny i integracyjny ale zawsze jest granica. Nie pamiętam jakiś specjalnych ekscesów na granicy. Wszystko musiało pójść sprawnie. O ile dobrze pamiętam to zdążyliśmy na pociąg 7:20 do Białegostoku. Za szybko się skończył ten wyjazd. Jak za każdym razem czułem niedosyt. I co musiałem zrobić? Oczywiście wrócić!

6 komentarzy:

  1. Wspaniały fotoreportaż z wyprawy. Najbardziej zainteresowały mnie zdjęcia z Kijowa, w którym byłam w 1986 roku. Mieszkałam w tym samym hotelu. Za krówkami staliśmy w dłuuuugiej kolejce, ale warto było. Nazywały się oczywiście inaczej, ale już nie pamiętam jak.

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz naprawdę niesamowite zacięcie reporterski. Może to też ze względu na porę roku i światło, ale zdjęcia są fantastyczne. Szczerze podziwiam. Robi wrażenie. Również zestawienie dwóch światów. Tam i w Kijowie. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki serdeczne za miłe słowa. Cieszę się, że się podoba. Zona jest piękna, a Kijów fantastyczny. Jeszcze przede mną trzy wyprawy. Właśnie opisuję czwartą. Pozdrawiam serdecznie. mam nadzieję, że uda mi się skończyć przed Świętami...

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajnie się czyta. Wspaniałe zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki serdeczne za miłe słowa, pisze już o czwartej wyprawie ale idą święta i czasu mało. Przed świętami raczej nie zdążę...

      Usuń
  5. Moim zdaniem warto postawić na Aliena Tours www.alienatours.pl! Oferują rozmaite wyjazdy w tajemnicze miejsca.

    OdpowiedzUsuń