Translate

sobota, 9 marca 2013

Wyprawa druga do Czarnobyla - marzec 2011

Rok 2010 nie pozwolił na kontynuowanie podróży do Czarnobyla. Minął tak szybko jak przyszedł i nadszedł rok 2011. Już od jakiegoś czasu czułem potrzebę powrotu do Czarnobyla. Udało mi się znaleźć - strefazero.org . Po kilku rozmowach telefonicznych i mailach udało mi się zabrać z nimi na pierwszą wyprawę. Jak to się stało? Otóż znalazłem w sieci zdjęcia Wojtka Sawickiego - Maszina, jakoś teraz nie widzę ich na jego profilu w PicasaWeb. Były to wspaniałe zdjęcia pokazujące, przede wszystkim swobodę w zwiedzaniu, jak również wiele atrakcji w postaci przejazdów kolejką elektryczną oraz mieszkaniem w Sławutyczu.
Sławutycz to maleńkie miasteczko, wybudowane tuż po awarii w Elektrowni w Czarnobylu. Wyprawa zorganizowana przez strefazero.org rozpoczęła się 8 marca 2011 roku wyjazdem sprzed Muzeum Techniki w Warszawie o godzinie 22:00. Paweł Mielczarek i Doktor Marek Rabiński twórcy strefy zorganizowali wyjazd na najwyższym poziomie, zresztą każdy następny nie odbiegał od tego pierwszego. Fascynujące było to, że jak zapewniał Paweł Mielczarek nie jest to wyjazd z biurem podróży, a wyprawa pasjonatów do strefy. I tak się stało. Każdy, mam nadzieję znalazł to, czego szukał. Podróż odbywaliśmy wspaniałym autokarem ze Świerku. Kierowcy - to naprawdę najwyższy poziom kultury i zdyscyplinowania. Ich rola było dowiezienie nas bezpiecznie na miejsce i tak się stało. 
A więc jesteśmy w Sławutyczu, jest późne popołudnie. Zostaliśmy zakwaterowani w prywatnych mieszkaniach, które ich właściciele przekazali nam na kilka dni i nocy. Sami, spędzili ten czas u rodziny.








Tak zobaczyłem Sławutycz po raz pierwszy. 

Kolacja w Starym Tallinnie to wspaniałe ukraińskie przysmaki. Pielmieni, Wareniki, no i piwo Sławutycz, czy Obołon. To moi koledzy z mieszkania, w którym się zatrzymaliśmy. Tomek, Marcin i Łukasz. Chodziliśmy po Prypeci razem. Bardzo sobie chwalę zapał Marcina jak również towarzystwo Tomka i Łukasza.

At o ja cieszę się, że mogę być w takim miejscu.
Po zjedzeniu kolacji w restauracji Stary Tallinn wróciliśmy na kwaterę, żeby przygotować się do jutrzejszego dnia.

Pierwszy dzień pobytu w strefie rozpoczęliśmy śniadaniem w restauracji Stary Tallinn  Przejście na dworzec kolejowy w Sławutyczu zajmuje kilkanaście minut, wolnym krokiem. Na peronie spotkaliśmy naszego przewodnika, poznanego wczoraj - Sergieja Akulinina. Zalecenia wsiadania do pociągu są takie aby nie sprawiać kłopotu pracownikom elektrowni. Mieliśmy wsiadać do różnych wagonów i siadać w miarę możliwości. Pracownicy dojeżdżający codziennie do elektrowni w Czarnobylu mają zwyczaj zajmowania miejsc w pociągu swoim kolegom i koleżankom. Jak później dowiedziałem się od Siergieja wywodzi się to jeszcze z okresu słusznie minionego. W Sowieckim Sojuzie dobrze było znać swoich towarzyszy podróży. Stąd ten zwyczaj. Kolejka jedzie około 40 minut. Wysiedliśmy na peronie stacji - Semihody. Po raz pierwszy zobaczyłem peron całkowicie zamknięty. Drzwi kolejki jak i peronu są zsynchronizowane i otwierane jednocześnie. Nie ma możliwości wyjścia poza ten peron. Jak dowiedziałem się później takie zabudowane perony stworzono na życzenie pracowników, którzy mieli być w ten sposób chronieni przed promieniowaniem z czwartego bloku.
Po przejściu kontroli paszportowej, zostaliśmy poinstruowani przez  Sergieja Akulinina jak należy zachowywać się w strefie. Przed wyjściem z budynku stacji czekał autokar. Swoje najlepsze lata miał już za sobą. Dożywał w strefie.Stałym fragmentem gry jest przejazd pod sarkofag bloku czwartego. Jest tam miejsce widokowe, z którego wolno robić zdjęcia.
Stoję sobie dumnie przy sarkofagu. Wtedy było to dla mnie ogromne przeżycie. Wróciłem tu! 

Sarkofag w pełnej krasie. Przepiękny! Zdjęcie robione pod słońce i mało co widać. 

A to pomnik poświęcony awarii.

Nikt n ie umiał powiedzieć po co i dlaczego takie dziwne ozdoby?
Podczas pierwszej wizyty zezwolono nam jedynie na piętnaście minut przy sarkofagu. Teraz już nie było takich ograniczeń.


Jedziemy do Czarnobyla.

Droga prowadzi miejscami przez las.

Oto punkt kontrolny - Leliv
Przejechaliśmy kilkaset metrów i kolejny stały punkt ekspedycji to fotografowanie przy tablicy wjazdu lub wyjazdu miasta Czarnobyl.

Oto droga do Czarnobyla. Patrzymy w kierunku elektrowni, a za nami jest miasto Czarnobyl. To skrzyżowanie jest widoczne tutaj.

Stoję sobie pod tablicą wyjazdową z miasta. Wjazdowa była strasznie oblegana.

Teraz patrzymy w kierunku miasta Czarnobyl.

A to nasz wspaniały autokar. Plecami do nas stoi nasz przewodnik - Sergiej Akulinin.
Jedziemy do dyrekcji zony (mieści się w wielu budynkach) w celu podpisania oświadczenia. Oświadczenie dotyczy naszego postępowania i zrzeczenia się roszczeń od Dyrekcji Zony.

Tak wyglądają budynki w Czarnobylu.













Po podpisaniu oświadczeń krótka wycieczka po Czarnobylu.

Większość budynków jest w opłakanym stanie. 


W tym czasie dopiero wyznaczono miejsce na pomnik. Pokażę go później.

Tam gdzie pracuję ludzie - odśnieżono. Drzewa też są zadbane.

No cóż, jak już pisałem - Lenin wiecznie żywy.

Na dawnym budynku poczty zainstalowano wyświetlacz informujący o poziomie promieniowania w różnych miejscowościach strefy.



Stałym fragmentem wizyt w Czarnobylu jest cerkiew. Nabożeństwa odprawiane są jedynie w niedziele.

Piękna droga do rzeki Prypeć. Stroma i śliska.

Na dawnym stadionie zgromadzono sprzęt biorący udział w likwidacji skutków awarii.
Kolejnym punktem zwiedzania był port w Czarnobylu. Do samego portu nie można było wejść już w 2009 roku. Teraz też nic się nie zmieniło. Pokazano nam jedynie cmentarzysko statków z drogi wiodącej do portu.



Po statkach przyszła kolej na pomnik strażaków. Jest to również stały punkt zwiedzania Czarnobyla. Pomnik poświęcono strażakom biorącym udział w gaszeniu pożaru reaktora bloku czwartego w nocy 26 kwietnia 1986 roku.

Pomnik robi wrażenie. Zwłaszcza napis - Tym, którzy uratowali świat. Nie ma w tym sztucznego patosu. Pomnik upamiętnia śmierć strażaków, którzy zmarli w kilka dni po awarii. Na mnie robi zawsze ogromne wrażenie.

Tuż obok mieści się straż pożarna. A droga prowadzi do Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej.
Droga do Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej prowadzi przez punkt kontrolny Leliv i zlikwidowaną, zrównaną z ziemią wioskę - Kopaczi
Robię po drodze zdjęcia, przez szybę autokaru. Chcę jak najwięcej zachować w pamięci.



Oto mijamy Czerwony Las! Dozymetry oszalały! Ponownie przeżywam to co dwa lata temu. Ale już po raz ostatni. Nigdy więcej poziom promieniowania nie zrobi na mnie wrażenia.

Piękny autokar.

To, co widać w oddali to - Stacja Janów.

Ten napis widzimy po raz ostatni. Został zamieniony na nowy. Pokażę go w jesiennej wyprawie 2011 roku.

I oto Prypeć! Punkt kontrolny, którego nie można fotografować.

A cóż w tym barakowozie może być tajnego?


Wjazd do miasta Prypeć zawsze jest szczególny. Oto za chwilę będę chodził po umarłym mieście. Będę chodził po ulicach po których wcześniej chodzili mieszkańcy. Biegały dzieci, wszyscy byli szczęśliwi. Mieli wszystko - przyszłość. I to właśnie stracili. Przyszłość. Teraz została jedynie przeszłość. Pokażę miejsca, które powinny wyglądać tak, jak opuścili je mieszkańcy. Jak wyglądają?


Oto stojąc na Placu Centralnym Prypeci widzimy przede wszystkim roślinność, która przesłania budynki. Teraz budynki widać poprzez gałęzie pozbawione liści. Oto kiedyś ważny budynek - siedziba Komitetu Partii, władz miejskich. Po awarii siedziba jednego z wielu sztabów dowodzenia - KOMPLEKS.


W samym centrum miasta stoi Hotel "Polesie" Hotel przygotowano dla zagranicznych wycieczek odwiedzających elektrownię.

Oto jeden z kilku najwyższych budynków Prypeci - tzw. szesnastek.  Ten budynek to samo centrum, ulica Łazariewa.

Jednym z wielu niebezpieczeństw czyhających na stalkerów są studzienki. Złomiarze ukradli pokrywy. Śnieg przykrywa otwory i można mieć nieprzyjemną przygodę.
Idziemy ulicą Kurczatowa w kierunku rzeki Prypeć.

Tak wygląda ulica Kurczatowa. Po lewej, skryte za zaroślami i drzewami - Szkoła Muzyczna i KinoTeatr "Prometeusz".

Ślady okresu CCCP!


Mijamy po prawej Dom Usług - KBO. W Wikimapii nazwany - Stacja Obsługi, Były to zakłady usługowe. Między innymi krawiecki.








Zniszczenia budynku są ogromne. Zewnętrzne to czynniki atmosferyczne. Wewnątrz grasowali ludzie. Powstaje pytanie - Jak to jest możliwe, że w trzydziesto kilometrowej strefie wykluczenia i jednocześnie w dziesięcio kilometrowej strefie bezwarunkowego wysiedlenia mogli swobodnie kraść złodzieje? Niszczyć sprzęty, wyposażenie? Jak jest odpowiedź? No właśnie!
Chodzimy w czwórkę. Jest z nami też opiekun - Denis. Dlaczego z nami? To też jest zagadka. Może chciałby łapówkę? Trudno powiedzieć. Nie przeszkadza nam w swobodnej penetracji Prypeci. Idziemy w stronę Kino Tatru - "Prometeusz".








Oto moi towarzysze, w kolejności - Łukasz, Tomek i Marcin.


Znajdujemy tropy zwierząt. Chcemy iść do portu, do Kawiarni Prypeć, ale Denis straszy nas, że są tam Rysie, dziki i wilki. Nie wiemy czy żartuje. 

Mijamy więc port i kawiarnię. Idziemy w kierunku szpitala












Szpital robi przerażające wrażenie. A to dopiero początek.






W szpitalu zobaczyliśmy wszystkie piętra. Nie byliśmy jedynie w piwnicy. Ciężko tam trafić. Teraz wiem jak.  W piwnicy można znaleźć bardzo napromieniowane ubrania strażaków biorących udział w gaszeniu pożaru.

Po szpitalu idziemy dalej ulicą Przyjaźni Narodów w kierunku księgarni. Po drodze zbaczamy do Kostnicy.




W Kostnicy znajdujemy stoły sekcyjne. Tak jak wszędzie zniszczenia! Wracamy na ulicę Przyjaźni Narodów. Po drodze mijamy sklep - Bieriozka



Po drodze mijamy Dom Towarowy Zasłonięty roślinnością, ukryty.


Zaciekawiły nas piramidki, które widzimy przy drodze. Później wyjaśniło się, że to hydranty. Po drodze wchodzimy do budynku mieszkalnego - Przyjaźni Narodów Nr. 1.












Na tym właśnie budynku widniał dumnie napis - Sława Trudu. Brakujące litery leżą teraz pod budynkiem.
I w końcu Księgarnia. Budynek robi przerażające wrażenie. Książki są wspaniałym osiągnięciem ludzkości. W tej księgarni jest inaczej.









Księgarnia miała dział biblioteczny. Była pięknym miejscem. 

Po księgarni wracamy ulicą Przyjaźni Narodów w stronę centrum. 

To jest ulica Przyjaźni Narodów. Instalacja po lewej służyła do mycia pojazdów. 





To jest szkoła nr 1. W późniejszych wyprawach pokażę zniszczenia nie widoczne z tej strony.






A to co widać za drzewami to właśnie Plac Centralny Prypeci. Później kilka razy zdarzyło mi się zabłądzić w samym centrum. To miejsce na mapie jest właśnie tutaj


To samo miejsce widziane z drugiej strony. Budynek po prawej to Biały Dom. Na dole miał sklep - "Raduga". W Białym Domu mieszkali sami ważni ludzie Prypeci. Sama śmietanka - dyrektorzy,  naczelnicy. Sama wierchuszka. Sklep - "Raduga" był bardzo dobrze zaopatrzony.








Po wyjściu z "Radugi" widzimy charakterystyczne budki telefoniczne.  Z ogromną przyjemnością fotografuję Plac Centralny Prypeci. Jest piękne słońce. Jest wspaniale.












Przepraszam za zdjęcia, ale wtedy jeszcze nie bardzo umiałem je robić. Starałem się jednak żeby pokazać to co dla mnie jest ważne.
Idziemy do Hotelu "Polesie" W czasie tej wyprawy zwiedziliśmy najwięcej. Mogliśmy robić wszystko. Nikt nam nie przeszkadzał. Jeszcze tylko jesienna wyprawa 2011 roku tak było. Potem wszystko się zmieniło. Nie antycypujmy. na razie Hotel "Polesie".




Niestety windy nie działają. trzeba iść pieszo na taras widokowy! Ale za to jaki widok!

Oto ulica Kurczatowa. Tuż po lewej widać dźwigi portowe Prypeci. Nigdy tam nie byłem. Może kiedyś się uda.

A to wspaniały Plac Centralny. Pałac Kultury "Energetyk".

Udało się zrobić zdjęcie radaru Duga3 czyli Czarnobyl 2 oraz jak ktoś woli "OKO MOSKWY"!

Spójrzcie jaki piękny jest ten sarkofag!

Zdrowie narodu - bogactwo kraju! 

Plac Centralny. Po lewej Biały Dom i Sklep "Raduga".

Pałac Kultury "Energetyk" w zbliżeniu.

Idziemy do siedziby Urzędu Miasta i Partii. Późniejszej siedziby - "Kompleks".









Po wyjściu z Kompleksu mam chwilę na zabawę. Używam filtrów cokin, żeby zrobić parę zdjęć.





Ot, taka sobie zabawa. Wygląda jak prawdziwa zona! To na razie koniec zwiedzania Prypeci. Jesteśmy zmęczeni. Bardzo szczęśliwi. Zobaczyliśmy tak dużo! Pokazuję, niestety,  niewiele zdjęć.Kolejnym punktem jest obiad w stołówce zakładowej Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej.

Przez szybę autokaru robię zdjęcia reaktora.


Tomek i Marcin.

Łukasz (idący) i ja.
Stołówka ma olbrzymią salę na górze. Pokażę ja później. Tym razem jedliśmy na dole w małej salce po prawej.


Tak wygląda stołówka z zewnątrz.
Po zjedzeniu obiadu jedziemy wgłąb zony do składowiska odpadów radioaktywnych w Burakówce.












Burakówka zajęła nam kilkanaście minut. Jedziemy do Stacji Janów












Stacja Janów to ostatni punkt pierwszego dnia pobytu w strefie. Wracamy do Elektrowni na stację Semihody. Kolejką jedziemy do Sławutycza. Kolacja i spanie. Następnego dnia czyli 11 marca 2011 r. wstaliśmy wcześnie. Śniadanie, potem podróż kolejką do Elektrowni. Autokar i przejazd do Prypeci. Zaczynamy od najbardziej znanego symbolu Prypeci.


A teraz już sam symbol, beze mnie.


Ileż jest dumy i radości w tym symbolu miasta! Jakże mieszkańcy musieli być szczęśliwi! Mieli swój dom, wspaniałą pracę. Radość, szczęście. 

Poprosiliśmy kierowcę autokaru żeby zawiózł nasna koniec miasta do Fuijamy bis. Jest to jeden z kilku "szesnastek" w Prypeci.




Charakterystyczną cechą tego budynku jest właśnie zasuszony pies. W zasadzie to, co z niego zostało. Każda historia jest tu prawdopodobna. Najbardziej taka, że ktoś podrzucił zwłoki psa i tyle. W Prypeci dzieją się różne rzeczy. Przedmioty zmieniają miejsce położenia. Dokładane są zabawki, różne rzeczy wzbudzające emocje.








Oto zakłady wytwarzające  elementy magnetofonów kasetowych - "Jupiter". W rzeczywistości zakład wytwarzający Pluton 239 do produkcji broni jądrowej.



Oto widok z dachu Fuijamy bis. Warto było wejść.  Zeszliśmy na dół. Dzisiaj Denis już nas nie nękał. Byliśmy sami. Mieliśmy dużo czasu i duże plany. 
Po zejściu z dachu Fuijamy bis wybraliśmy drogę przez IV Dzielnicę Prypeci w kierunku centrum. Najpierw jednak odszukaliśmy drugi symbol Prypeci.


Na naszej drodze do centrum pojawiło się wiele ciekawych miejsc.




Oto nieukończone budynki mieszkalne.  Na chwilę zaszliśmy do Przedszkola ale nie było tam nic ciekawego.  Przedszkole było bardzo zniszczone.




Skierowaliśmy się do Szkoły Nr 4. Szkoła zrobiła na nas okropne wrażenie. 














Budynek Szkoły ogołocono ze wszystkiego!  Przerażające! Do czego ludzie są zdolni! Czy to z biedy, czy z chciwości! Może z chęci zysku? Skoro nikomu nie potrzebne!
Opuściliśmy szkołę z mieszanymi uczuciami. Skierowaliśmy się poprzez budynki osiedla na ulicę Lesi Ukrainki, w kierunku  Laboratorium dozymetrów






Oto budynek Laboratorium Dozymetrów. Co znajdziemy wewnątrz?




















Dokąd teraz? Posterunek Milicji!






 Na Posterunku Milicji znaleźliśmy areszt, a potem spenetrowaliśmy piwnicę. Znaleźliśmy tam oprócz zniszczeń strzelnicę.




Wyszliśmy z budynku Posterunku Milicji tym samym wejściem, którym weszliśmy. Można było wyjść na plac za aresztem. Niestety wszędzie było pełno lodu i szkła i trudno było utrzymać równowagę. Zdecydowaliśmy się na powrót do Centrum Prypeci. Poszliśmy ulicą Kurczatowa. Po drodze mijaliśmy sklep - Wschód.


Sklep - Wschód.

Nie wiadomo po co taka konstrukcja.  Opowiem o tym przy opisie szóstej wyprawy.

Budynek poczty.



Skręciliśmy w ulicę Łazariewa i poszliśmy w kierunku Poczty. Oprócz poczty w tym budynku mieściło się centrum łączności. Coś w rodzaju centrali telefonicznej. Inna centrala mieściła się w zakładzie "Jupiter".
Co znaleźliśmy w budynku?







Warto zwrócić uwagę na kalendarz. Cztery lata po awarii. Po latach okazało się, że największym błędem była ewakuacja strefy. Niepoliczalne skutki ludzkie, nie mówiąc o materialnych.








Poczta zrobiła na nas równie przygnębiające wrażenie jak poprzednie budynki. Najbliżej poczty mieliśmy Centrum Restauracyjno Handlowe






















To co widać w dole to olbrzymie drzwi prowadzące do...O tym potem.

Zostawiliśmy ogromne Centrum Handlowo Restauracyjne i skierowaliśmy się do Pałacu Kultury "ENERGETYK". Kompleks pałacu to teatr, ring bokserski, sala gimnastyczna i wiele wiele innych atrakcji. 



































Tuż za Pałacem Kultuy" Energetyk" znajduje się coś co nazwalibyśmy Wesołe Miasteczko! Jest to miejsce o tyle ciekawe, że nigdy nie zostało otwarte. Miało być otwarte 1 maja 1986 roku. Istnieje taka legenda, ze jedynie dzieci partyjnych mogły, przedpremierowo, skorzystać z tych atrakcji.






Na placu Wesołego Miasteczka znajdują się dwa punkty  gdzie promieniowanie jest bardzo, bardzo duże. Oczywiście po zdjęciu z licznika osłony ołowianej. Wtedy rentgenometr mierzy całe spektrum. Gamma i beta przede wszystkim.
Kolejnym punktem naszego zwiedzania był Dom Usług "Jubileuszowy" . 






Jak widać mieściły się tu przeróżne usługi, fryzjer, szewc etc. Kolejnym punktem był basen "Lazurowy".

























Jak widać na ostatnim zdjęciu basen używano jeszcze w kilka lat po awarii. Po basenie z chęcią wróciłem do Szkoły Nr. 3., która za pierwszym razem wywarła na mnie ogromne wrażenie.











































I co możemy powiedzieć o ludziach, którzy zgotowali los swoim dzieciom? Przecież w tej, czy w innych szkołach Prypeci uczyły się dzieci, które miały swoje marzenia, swoje cele. Pamiętam swoją szkołę. Tam poznałem swoją przyszłą żonę. Przecież w tej szkole też były młodzieńcze sympatie, miłości. To było bezpieczne miejsce, nie tak jak teraz jest w naszej, demokratycznej, wspaniałej szkole po reformie Buzka!. Szkoła dla mojego pokolenia była dobrym miejscem. W szkole średniej budziła się w nas indywidualność. Nie poddawaliśmy się rygorom szkoły. Jakie to były rygory? Czy obecna młodzież to zrozumie? Kazano nam nosić krótkie włosy! Teraz większość ma łyse pały! Za moich czasów IVB zaprotestowała przeciwko noszeniu krótkich włosów. Wszyscy chłopcy ogolili głowy na łyso. To była afera! Kazano nam nosić czapki szkolne! Co to takiego? A no właśnie, ciekawostka - czapki tzw. Leninówki. Ot zwykłe czapki z daszkiem. Nosiliśmy je w torbie, a przed szkołą zakładaliśmy na głowy. 
Czy dzieci tej szkoły też miały takie problemy? Ich wszystkie problemy rozwiązał 26 kwietnia 1986 roku. Wszystko się skończyło!

Po wyjściu ze szkoły udaliśmy się dalej na północ, żeby wrócić na czas do autokaru. Doszliśmy do przedszkola "Czeburaszka" To miejsce jest jeszcze bardziej przerażające od poprzednich.




































Wszystkie miejsca w Prypeci płaczą. Płaczą szkoły, przedszkola, ulice. Na ostatnim zdjęciu jest kwintesencja naszego człowieczeństwa. Młot do rozbijania kaloryferów, wyrywania wszystkiego co da się sprzedać. Czy ważne jest to, że to miejsce powinno zostać nienaruszone? Nikogo to nie obchodzi. Prypeć umiera! Prypeć umiera po raz drugi. Niebawem budynki  się zawalą. Zniknie z powierzchni ziemi miejsce, w którym mieszkało prawie 50.000 ludzi. Czy dzisiaj jest ważne, że jakiś ich procent zaangażowany był w produkcje plutonu? Byli tam zwykli ludzie, szewcy, krawcowe, sprzątaczki, nauczycielki. Dzieci. 
Pamiętam dni, kiedy w Polsce ogłoszono informację o awarii. Byliśmy bezsilni. Nic, naprawdę nic nie można by było zrobić. Nie ma dokąd uciec, nie można nic zrobić. 
Później dowiedziałem się, że dla mieszkańców Prypeci sama ewakuacja nie była czymś szczególnym. Wielokrotnie ćwiczono ewakuację. Więc nie było to nic nowego. Dopiero później spadło na nich całe nieszczęście - brak powrotu! Wtedy jeszcze nie wiedziałem wielu rzeczy ale o tym potem.

Po przedszkolu, które na mnie wywarło ogromne wrażenie poszliśmy na stadion, czy w zasadzie to co z niego zostało.









Po stadionie zrobiło się już późno. Trzeba było wracać do autokaru. Dwa dni wytężonej pracy w zonie napawały satysfakcją. I oto nagle stało się jasne, że już wyjeżdżamy. To już koniec. Nie, to dopiero początek. Muszę tu wrócić. W zasadzie nie chcę wyjeżdżać ale skoro muszę to wrócę jak najszybciej się da.

Krzyż przy wjeździe do Prypeci.



No cóż w ten sposób pożegnałem Prypeć. Nie na długo. Wróciłem tam jesienią. O tym w następnym wspomnieniu.
No cóż pamięć już nie dopisuje. Zapomniałem napisać o jeszcze jednym, niezwykle istotnym miejscu Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. Jest to blok 5 i 6. Po pożegnaniu Prypeci pojechaliśmy do Elektrowni.
Udało mi się zrobić kilka zdjęć bloku 3 i 4 w słońcu.



Zjedliśmy obiad w stołówce pracowniczej Elektrowni. Jak zawsze bardzo smaczny.


Bardzo blisko od stołówki znajduje się blok 5 i 6. Budowa tych reaktorów nigdy nie została ukończona.




To co uderza na terenie Elektrowni, Prypeci i wielu miejsc to porozrzucane fragmenty maszyn, urządzeń, samochodów. Za każdym takim fragmentem kryje się ludzka praca i oczywiście pieniądze. Niewyobrażalne pieniądze. Oto jesteśmy na terenie bloku 5 i 6. Nigdy nie ukończono budowy tych reaktorów. To co widać poniżej to budynek, w którym montowano reaktory. Za budynkiem znajduje się olbrzymia suwnica.




Patrząc w prawo dostrzegamy olbrzymie budynki reaktorów 5 i 6. Budynki są przeogromne, a więc i reaktory musiały być ogromne.



Weszliśmy na chwilę do budynku, w którym montowano reaktory. Nie zachowało się już nic. Do niedawna jeszcze stały olbrzymie, metalowe konstrukcje.






Chodzenie po tej stercie złomu nie jest bezpieczne i decyduję się wyjść na zewnątrz. Idę pod suwnicę.


Co mogło spowodować takie zniszczenie ściany budynku?


Po lewej stronie budynku olbrzymi śmietnik!




Suwnica robi wrażenie. Po przyjeździe do Prypeci zawsze ustawiam próg alarmu w moim Terra-P na 9 uSv/h. Nie chcę żeby cały czas alarmował mnie o poziomie promieniowania. Tutaj dzwonił bez przerwy.








Po opuszczeniu terenu bloku 5 i 6 podjechaliśmy na placyk przed ЧАЕС gdzie znajduje się pomnik poświęcony pracownikom Elektrowni, którzy zginęli w trakcie awarii.






Znajduje się tu również pomnik Prometeusza. Przeniesiono go po awarii spod Kino-Teatru "Prometeusz" w Prypeci .

I tak zakończyła się druga wyprawa. Stacja Semihody, podróż kolejką do Sławutycza, kolacja, nocleg i powrót do kraju. Szkoda, że tak krótko! Musiałem wrócić! I wróciłem!
Nie napisałem jeszcze o jednym, stałym punkcie wypraw ze strefazero.orghttp://strefazero.org/.  Otóż po powrocie drugiego dnia ze strefy jest obowiązkowa" dekontaminacja" czyli kolacja w "Chacie Guta" . Niedaleko Sławutycza jest wioska Czerwona Guta i w tejże wiosce jest właśnie "Chata Guta" 
Po przyjeździe kolejką do Sławutycza mamy niewiele czasu na prysznic i zakupy. Potem trzeba dojść do Restauracji "Stary Tallin". Tuz obok na parkingu stoi autobus, który rozbrzmiewa polską muzyką. Przejazd do "Chaty Guta"  trwa chwilkę. Już czuje się atmosferę imprezy. Jest ciemno, wchodzimy na posesję. Trudno to nazwać restauracją w naszym rozumieniu ale jest wspaniale. W niewielkim domku przygotowana jest sala, w której stoją stoły zastawione jedzeniem i piciem. Wśród napojów ważne miejsce zajmuje samogon. Dobry. Jedzenie jest zawsze podobne, barszcz z pampuchami, szaszłyki, coś na słodko. Każdy, kto nie pije samogonu miał zaopatrzyć się w swoje ulubione napoje i raczy się nimi wedle uznania. Impreza rozkręca się. Śpiewamy. Śpiewamy z Pawłem - "Hej młody Junaku, smutek zwalcz i strach! Przecież na tym piachu za trzydzieści lat, przebiegnie z pewnością jasna, długa, prosta, Szeroka jak morze Trasa Łazienkowska! I z brzegiem zepnie drugi brzeg, na którym twój ojciec legł!"
Ech, gulanie, gulanie i dekontaminacja przebiega planowo.  Sergiej Akulinin wznosi toasty, my je spełniamy i powoli przenosimy się w wyższe stany świadomości. Jest dobrze. Przychodzi czas na "banię", którą zamówiłem jeszcze w Czarnobylu. Sergiej zadzwonił do Saszy i wszystko zostało przygotowane. A więc kto tylko chce może skorzystać z tego wspaniałego wynalazku jakim jest "bania". Wychodzimy na podwórko, a następnie wchodzimy do budyneczku bani. W szatni pozbywamy się ubrania i owinięci w przygotowane ręczniki-prześcieradła wchodzimy do bani. Cudownie. Gorąco, że trudno oddychać. Polewam wódką kamienie i atmosfera staje się weselsza. W bani nie wytrzyma się dłużej niż 2 minuty. W przedsionku przygotowany jest kociołek z zimną wodą. Każdy ma obowiązek, po oblaniu się wodą podstawić kociołek pod odkręcony kran, żeby następny mógł skorzystać. Tym razem jest jeszcze śnieg na podwórku, a więc korzystamy ze śniegu. Cała radiacja wychodzi z nas i czujemy się świetnie. Ot, bania. 
Wróciliśmy taksówką do Sławutycza.  Niewiele już tej nocy zostało ale trzeba było się choć trochę wyspać. 
Drugi dzień nie był zbyt ciężki. Ot zwyczajne dzieje. Wstaliśmy, prysznic, śniadanie. Trochę czasu do odjazdu autokaru. Poszliśmy we trójkę na ryneczek przed stacją w Sławutyczu.  Tomek natomiast jakoś nam się zawieruszył i jak się później okazało zwiedzał Muzeum w Sławutyczu .  Ryneczek jest ciekawym zjawiskiem. Brnęliśmy po śniegu, który topił się w marcowym słońcu. Nikt go nie sprzątał. tak było w całym Sławutyczu  . Ludzie wydeptali ścieżki. I tyle. Na ryneczku nie było nic takiego. Spotkaliśmy Pana, który przez kilka lat handlował w Polsce. Wrócił i handluje w Sławutyczu ale to już nie to. Marcin kupił u niego nóż. Chiński wyrób popularny. Tani. Ja szukałem płyty zespołu  "5nizza " z piosenką "Soldat".  Niestety nie znalazłem. Zbliżała się już pora odjazdu poszliśmy na kwaterę żeby oddać klucze i zabrać bagaże. Tomka nie było. Przyszła gospodyni, oddaliśmy klucze. Tomka nie było. Przeprosiliśmy, że zostawiamy worek ze śmieciami ale nie udało nam się znaleźć śmietnika. Pani powiedziała - "все нормально ..." Pożegnaliśmy się i wyszliśmy. Tomka nie było! Przejście z kwartału Leningradzkiego pod "Stary Tallin" to chwilka. Autokar czekał, załadowaliśmy bagaże i w marcowym słońcu oglądaliśmy Sławutycz





 





Nadszedł czas odjazdu. Przyszedł Tomek. Był zmęczony ale szczęśliwy bo spędził czas w Muzeum. Ruszyliśmy. Tym razem prosto do Polski. Przejechaliśmy przez Kijów. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że Kijów trzeba koniecznie odwiedzić. Byłem jednak szczęśliwy. Zależało mi na tym wyjeździe. Udało się! Towarzystwo wspaniałe! Udało się! Trochę zaniepokojeni przejściem granicy wracaliśmy do kraju. Przed granicą jest stacja benzynowa, na której jest już ostatni postój. Można zjeść, opróżnić zbiorniki.
Granica to jednak jest oddzielny temat. Czas spędzony na granicy pokazuje jak można uprzyjemnić ludziom życie. I to swoi swoim. Kazano wysiąść wszystkim z bagażami, przepuścić je przez nową maszynę. Właśnie ją dostali i musiała się przydać. Potem mogliśmy wsiąść do autokaru i można było jechać. Zajęło to około dwóch godzin. Mieliśmy szczęście. Już po polskiej stronie to jak w domu. Droga do Warszawy to tylko chwilka. Potem pociąg do Białegostoku. I oto wróciłem do rzeczywistości. 
Jednak już w 2009 roku zona zaraziła mnie. Jest to choroba nieuleczalna! Muszę tam wracać, wracać i wracać. Już sam moment kiedy stanę na Placu Centralnym Prypeci jest ukoronowaniem wyjazdu. Jestem w moim mieście. Wróciłem, już jest dobrze i oby tak trwało. Do następnego razu.

9 komentarzy:

  1. bardzo ciekawe. fotografie interesujace, dużo ich - powoduja to że trzeba wrócic ponownie do obejrzenia tego reportażu. Dzieki

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki, wybrałem tylko kilka zdjęć. Ale ta wyprawa była niezwykła!

    OdpowiedzUsuń
  3. top stuff that, all the places I wanted to see and more

    OdpowiedzUsuń
  4. Well, as soon as possible... Thank You for nice words...

    OdpowiedzUsuń
  5. jest ciekawa dokumentacja ale czy przestroga - tu bym się obawiał! ... szkoda. że w tym dziwnym świecie tak trudno o refleksję ... nad czymkolwiek; podzielam Twoją inspirację do odwiedzania tego miejsca, choć sam uciekałbym od takich ... przeżyć ...

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesamowite i przygnębiające wrażenie robią te zdjęcia. Podziwiam i dziękuję, Andrzeju !

    OdpowiedzUsuń
  7. Długo czekaliśmy, ale ten iście reporterski wpis robi wrażenie. Solidna wiedza i solidna dokumentacja. Będę tutaj wracał, bo bardzo lubię takie klimaty, a kilka zdjęć jest zawodowych. Pozdrawiam serdecznie Andrzeju.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzięki za miłe słowa. Jestem w kłopocie bo jeszcze trzy wyprawy zaległe, a chciałbym opowiedzieć o ostatniej. Będę się sprężał.

    OdpowiedzUsuń