Translate

środa, 10 kwietnia 2013

Wyprawa czwarta do Czarnobyla - Maj 2012

Czwarta wyprawa opóźniała się trochę. W końcu jednak udało się. Uzgodniliśmy z Markiem Giersą, że jednak pojedziemy w maju. W czerwcu miało być Euro 2012. Nie wiadomo co będzie jesienią. Plan wyprawy przewidywał jeszcze dodatkową wycieczkę do Muzeum -  Bazy rakietowej w Pierwomajsku. Brzmiało to interesująco i dlatego pojechaliśmy.
Wyjazd standardowo sprzed Muzeum Techniki w Warszawie. Tym razem nie było żadnych niespodzianek. Przekroczyliśmy granicę, w miarę szybko. Podróż przez Ukrainę jest trochę męcząca ale w końcu dotarliśmy do Sławutycza. Tym razem zostaliśmy zakwaterowani w kwartale Dobrynińskim. Ja, Marek Giersa, Agnieszka Świdzińska i jej chłopak Maciek Zdunek. Mieszkanie w wieżowcu na 7 piętrze. Zaprowadzili nas na górę dwaj chłopcy. Trochę daleko od centrum. Trzeba przejść przez cały kwartał Moskiewski . Po zakwaterowaniu poszliśmy do "Starego Tallina" na kolację. Pamiętam, że wróciliśmy w miarę szybko podekscytowani jutrzejszym dniem. 
Dzień nastąpił szybko. Mieszkanie na kwaterze z dziewczyną wymaga pewnych zasad, które w gronie męskim są bardziej elastyczne. Po pierwsze łazienka, po drugie już nie można za bardzo swobodnie chodzić po mieszkaniu etc. Wydaje mi się, że zachowywaliśmy się dobrze.
Trochę dłuższy przemarsz do Restauracji "Sławutycz"  na śniadanie. Potem przejazd kolejką do Elektrowni na stację "Semihody". W czasie tej wyprawy mieliśmy być dłużej w strefie, aż do dwudziestej. Miało być wspaniale. Po kontroli paszportowej przeszliśmy do wyjścia gdzie Siergiej Akulinin poinstruował nas o zasadach przebywania w strefie. Była piękna słoneczna pogoda. Czekaliśmy na kierowcę i na przewodnika. Coś się zmieniło. Trwało to długo, chyba z godzinę. W końcu wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy pod sarkofag. Nasza przewodniczka - Vasiliska przedstawiła się i opowiadała o nowych zasadach przebywania w strefie. Nie braliśmy tego poważnie.





Pogoda wspaniała. Piękne słońce. Jak zwykle jestem w moim mundurze ACU. Jest mi gorąco. Po kilkunastu minutach wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy do Prypeci.
Zatrzymaliśmy się na "Moście Śmierci"






Program dzisiejszego dnia w strefie był dość napięty ale mieliśmy dużo czasu. Do dwudziestej. Po chwili pojechaliśmy do Prypeci. 





Vasiliska była zdenerwowana. Grupa jej nie słuchała. Byliśmy zaskoczeni zmianą zasad przebywania w strefie. Wydawało nam się, że wzorem poprzednich wypraw za chwilę rozpoczniemy penetrowanie Prypeci według swoich planów. Niestety nic z tego nie wyszło. 
No cóż ale w tym momencie byłem bardzo szczęśliwy. Pomijam emocjo związane z przewodniczką. Byłem na Placu Centralnym Prypeci. Znowu udało mi się przyjechać.







Była przepiękna pogoda, gorąco. 1 dzień maja zapowiadał się wspaniale. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Wesołego Miasteczka. Właśnie tam zaprowadziła nas Vasiliska. 











Po chwili kierujemy się w stronę stadionu miejskiego w Prypeci. Stadion jest strasznie zarośnięty. Roślinność opanowała płytę stadionu.





Tym razem robię mało zdjęć. Zaczyna mnie już trochę denerwować cała ta sytuacja. Nie planowałem wcale zwiedzać stadionu. Chciałem pójść do pralni chemicznej i w tamte rejony. Idziemy dalej. Opuszczamy teren stadionu.




Przez takie zarośla przedzieramy się w stronę Szkoły Muzycznej.








Krótka wizyta w szkole muzycznej i jak na razie koniec. Wyjeżdżamy z Prypeci do Paryszewa i Czarnobyla.



Paryszew to mała wioska tuż za Czarnobylem w kierunku na Czernihów. Wioska jest opuszczona. Jest w niej tylko Straż Pożarna. Wcześniej był też punkt mycia pojazdów czyli dekontaminacji.




























Opuszczona wioska. Przepiękne krajobrazy w majowym słońcu. Ale czas nagli i wracamy do Czarnobyla. Podczas jazdy robię zdjęcie przez szybę autobusu. Oto barki w Porcie Czarnobylskim. Niestety nie można już tam podjeżdżać.





Tuż przy wjeździe do miasta zorganizowano Wystawę Sprzętu biorącego udział w likwidacji awarii. Dawniej sprzęt był zgromadzony na Stadionie Miejskim w Czarnobylu. Jeszcze jesienią ubiegłego roku, a tu proszę jak niespodzianka. Idzie nowe...







To czysta propaganda. Sprzęt biorący udział w likwidacji skutków awarii jest w Burakówce i w wielu innych składowiskach, a to po prostu makieta i tyle.
Podjeżdżamy kawałek do Pomnika Strażaków.





Jest gorąco. Sklep "Polesie" tuż obok. Idziemy więc na zakupy. Sklep jest dobrze zaopatrzony. Jemy lody. Mała przerwa w zwiedzaniu. Po chwili jedziemy do centrum Czarnobyla.


Punktem centralnym Czarnobyla jest właśnie to miejsce. Oto pięknie pomalowany budynek miejscowego Muzeum, które nie tak dawno było kinoteatrem. Motyw żurawi, jako symbolu Ukrainy, pojawia się często. Tam gdzie żurawie tam ludzie. Jeśli zabraknie ludzi żurawie giną.



Ten zielony budynek to dawna Restauracja "Polesie". Teraz stołówka pracownicza.


Na przeciwko Muzeum usytuowano Kompleks Memoriałowy "Gwiazda Piołun"  poświęcony ofiarom awarii. Podczas jesiennej wizyty widzieliśmy początkowe prace. Teraz jest już skończony. Wykorzystano taką samą symbolikę jak w wielu innych pomnikach upamiętniających awarię w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej - tablice z nazwami miejscowości. Dodatkowe elementy to betonowa makieta strefy z zaznaczonymi miejscowościami.




Tak, jak poprzednio, stałym punktem jest wizyta w cerkwi. Tym razem jest wspaniale zielono dookoła.




Zdjęcia Lenina wykonałem z autobusu. Kierowca zatrzymał się na chwilę i nie wysiadając, przez drzwi zrobiliśmy kilka zdjęć dla Pomnika Wodza Rewolucji.






Pomimo, że Czarnobyl jest miastem umarłym, opuszczonym to mieszka tu około trzech tysięcy pracowników strefy. Dbają o wygląd miasta. Drzewka  i krawężniki pobielone. Pamiętam z dzieciństwa jak moi rodzice  robili tak samo na wiosnę.








Wyjeżdżamy z Czarnobyla w kierunku Elektrowni. Ta wspaniale utrzymana droga prowadzi na Czarnobylskie lotnisko dla śmigłowców tuż obok Wystawy Maszyn biorących udział w likwidacji skutków awarii. 


Jedziemy do wioski Kopaczi. Jedynym, zachowanym budynkiem jest tam Przedszkole. Przed wejściem do przedszkola znajduje się Pomnik Bohateów. Napis na pomniku głosi - "Wybawicielom od faszyzmu wieczna pamięć".






















Przedszkola robią straszne wrażenie. Za każdym razem. To przedszkole, ukryte wśród zieleni jest niewidoczne z drogi... jedziemy dalej. na obiad.


Zatrzymujemy się na zakręcie drogi żeby zrobić zdjęcia panoramy elektrowni.





Na tym zdjęciu widać dokładnie drugi komin. Dźwig, o którym mówiłem podczas poprzedniej wyprawy zniknął. Są dwa kominy.


Pokazywałem już stołówkę, pokazywałem obiad. Ale warto jeszcze raz zobaczyć. Zajadamy ze smakiem. 



Po obiedzie wychodzimy przed stołówkę. I dla porównania - autokar, którym poruszają się Japończycy, a poniżej nasz.



Karmienie sumów...




Rzut oka na Pomnik Prometeusza.  A poniżej ta sama droga, którą pokazałem w trzeciej wyprawie.


Opuszczamy Elektrownię i podjeżdżamy autobusem pod symbol Prypeci.


Jest upał. Piękny widok. Bardzo się cieszę, że tu jestem. Otarłem trochę nogi ale jest nieźle. Mam polskie buty wojskowe tzw. skoczki. Są bardzo dobre. Zawsze w nich jeżdżę. Tym razem upał sprawił, że otarłem nogi i trochę mnie bolą.
Wędrówkę po Prypeci zaczynamy od ulicy Przyjaźni Narodów przy której znajduje się Pomnik Przyjaźni Narodów.






Zauważyliśmy niezwykłą zmianę w Pralni Chemicznej. Budynek wygląda na odnowiony, przynajmniej takie wrażenie robią drzwi wejściowe. Zauważyłem kogoś w środku. Droga jest zadbana, pobielone krawężniki.



Pośród zieleni kryją się budynki.  Tutaj skrył się sklep Bieriozka.



Przejście ulicą Przyjaźni Narodów stało się szlakiem turystycznym. - Oto zawalona księgarnia, tutaj pralnia, tuta sklep Bieriozka, a tu proszę wycieczki znajduje się najsłynniejszy fotel ginekologiczny. Idziemy dalej, bo nie ma czasu. Do szpitala nie wchodzimy, szybciej, szybciej...





Przyznam szczerze, że bardzo chciałem zajść do Kawiarni "Prypeć" jeszcze w marcu 2011 roku. Wtedy nie udało się ale  tym razem miałem szczęście.







Tuż obok Kawiarni "Prypeć" jest zejście do Przystani. Zawijał tu kiedyś wodolot...










Po wizycie w kawiarni i na przystani jesteśmy prowadzeni przez Vasiliskę do Szkoły Nr. 1. Po drodze mijamy budynki przy ulicy Kurczatowa. Na zdjęciu poniżej widać już efekty erozji. Oto odrywa się płyta betonowa stanowiąca elewację budynku. Niebawem runie na ziemię. Powodem takiego zjawiska jest woda, która wpływa miedzy płyty i zamarza zimą. Rozsadza to budynki.


Po drodze mijamy Dom Usług. Wikimapia opisuje ten budynek jako stację obsługi. No cóż, w tym budynku mieścił się zakład krawiecki, fryzjerski... Jeśli to stacja obsługi to OK.



Skręcamy w lewo i ominąwszy budynek Domu Usług kierujemy się do Szkoły Nr. 1.  Szkoła ta jest pokazywana jako przykład działania czynników atmosferycznych. Oto fragment budynku zawalił się pod ich wpływem. Moim zdaniem raczej zawinił czynnik ludzki. Złe materiały, słaba praca itd.













Oto, niezwykle charakterystyczny, fragment ogrodzenia, który doskonale widać na zdjęciu historycznym. Nie wiem kto jest autorem tego zdjęcia więc nie mogę powołać się na niego. Zamieszczam to zdjęcie żeby pokazać jak to kiedyś wyglądało. Zachowało się niewiele zdjęć Prypeci sprzed katastrofy.


Po obejrzeniu szkoły z zewnątrz idziemy na Plac Centralny Prypeci.




Takiej Prypeci jeszcze nie widziałem. Jest przepięknie zielona. Teraz widać jak ogromną moc mają rośliny. Jeszcze kilka lat i całkowicie pochłoną miasto, rozsadzą budynki i nie będzie już co zwiedzać.
Vasiliska jest dosyć nerwowa. Praca w strefie jest dość dobrze płatna, poza tym ma zaletę, że pracuje się jedynie dwa tygodnie. Nie chciałaby jej stracić. My z kolei nie przyjechaliśmy do Prypeci po to żeby chodzić za rączkę. Każdy, kto przyjeżdża do Prypeci, ma swój plan. Nas ciągnie tu chęć odkrywania. Jesteśmy tu po to żeby pokazać innym nieszczęście ludzi. Nieszczęście, które mogłoby i nas dotknąć. Chcemy zobaczyć jak najwięcej i pokazać to. Każdy dysponuje odpowiednim sprzętem chociaż widziałem także ludzi robiących zdjęcia telefonem.
W sklepie "Raduga" byłem poprzednio. W oczekiwaniu na grupę wchodzimy tu z Markiem.

 












I oto powoli dzień się kończy. Zostaliśmy zaskoczeni faktem, że musimy opuścić Prypeć. Jest jeszcze wczesna godzina. Przejeżdżamy autokarem do stacji Semihody gdzie siedzimy około dwóch godzin oczekując na odjazd kolejki. I oto legł w gruzach nasz obraz wyprawy. Mieliśmy nadzieję, że spędzimy kilka godzin więcej w strefie. Owszem spędziliśmy siedząc na stacji.





Ostatnia kolejka odjeżdża ze stacji Semihody o godzinie 20:40. Przyjechaliśmy do Sławutycza w minorowych nastrojach. Coś było nie tak! Coś? Wszystko było nie tak. Rano przesiedzieliśmy na stacji, po południu przesiedzieliśmy na stacji. No cóż, wszystko się zmieniło...
Po kolacji wróciliśmy na kwaterę i poszliśmy spać. Rano idąc do Restauracji "Sławutycz" zauważyłem coś nowego. Jak się później okazało naprzeciwko Pomnika poległych podczas awarii powstawał nowy pomnik - Anioł Nadziei.



Po śniadaniu, przemarsz na stację i wyjazd do Elektrowni. I co? Znowu oczekiwanie na autobus.






W końcu przyjeżdża autobus i jedziemy do Prypeci. Nie wiem jak inni ale ja jestem zmartwiony. Martwię się czy zdołam zobaczyć to co chciałem. Autobus zatrzymuje się na placyku przed Domem Usług - "Jubileuszowy".



Rozpoczynamy wędrówkę. Grupa się rozchodzi, gubią się po drodze kolejni uczestnicy. Vasiliska jest zdenerwowana.  Dla niej to też nowość. Do tej pory miała do czynienia z grupami z Europy. Byli bardzo zdyscyplinowani. My chcielibyśmy, tak do tej pory, penetrować Prypeć samodzielnie. Niektórzy chcą wejść na basen, Vasiliska nie pozwala. Uciekają. Atmosfera staje się gorąca. Pogoda też jest wspaniała. Tego dnia już nie wkładałem munduru. Obowiązuje jednak nakaz noszenia długich rękawów.






Idąc ulicą Sportową dochodzimy do ulicy Lesi Ukrainki.




Mijamy Laboratorium Dozymetrów, przechodzimy obok sklepu Sportowego . Wchodzę tam na chwilę ale Vasiliska denerwuje się i każe wychodzić.






Kolejnym punktem dzisiejszego dnia jest Chwytak. Przechodzimy do miejsca gdzie został pozostawiony obok budynków magazynowych. Na Wikimapii Chwytak pokazany jest w innym miejscu. Zbyt daleko. Znajduje się on w rogu pustego placyku, który jest doskonale widoczny.




 Stały punkt przy Chwytaku to mierzenie poziomu promieniowania. Jest dość duże.


Wracamy na ulicę  Lesi Ukrainki i przechodzimy drogą przy Straży Pożarnej w kierunku miejsca składowania sprzętu biorącego udział w likwidacji skutków awarii.



Tu obok jest Baza Transportowa.   Jest czynna. To znaczy ktoś tam się rusza, stoją samochody. Dziwne, nigdy nie chodziliśmy w tę stronę. Nie wolno było. Teraz można. A więc idziemy.


Podobnie jak w Burakówce znajdujemy miejsce pełne porzuconego sprzętu
































Po krótkim czasie opuszczamy miejsce pełne porzuconego sprzętu . Vasiliska denerwuje się, że grupa jej się rozłazi, że nikt jej nie słucha. Idziemy w kierunku placyku przed Domem Usług "Jubilejny" . To kawałek drogi z tego miejsca. Zrezygnowani idziemy za Vasiliską.











Vasiliska wezwała milicję. Cały czas rozmawia przez telefon z Dyrekcją Strefy. A my stoimy na placyku oczekując na dalszy rozwój wypadków. Nie wiadomo co milicjanci zrobią. Schowałem Nikona i karty pamięci. Wyciągnąłem z plecaka zapasowy aparat Konicę. Zrobiłem kilka zdjęć.








Po pewnym czasie przyjechała milicja. Z Czarnobyla. Długo rozmawiali z Vasiliską. Policzyli uczestników, którzy zgromadzili się na placyku. Kilku brakowało, tak więc milicjanci zaprosili do radiowozu znajomych tych, którzy się gdzieś zapodziali. Pojechali ich szukać. W końcu wszyscy się znaleźli. Milicjanci odjechali, a Vasiliska pouczona przez swoich szefów już nie wtrącała się. Każdy mógł robić co tylko chciał.
Ja, Marek Giersa i Marek Rabiński zdecydowaliśmy się pójść do Kołchozu, który znajduje się za granicami miasta Prypeć, a na obrzeżach wioski Nowe Szepeliczi . Przyłączyła się do nas Vasiliska i Damian Szostak. Poszliśmy ulicą Obrońców Stalingradu w kierunku Alei Budowniczych.


Przechodzimy obok sklepu "Kultowary" , a w zasadzie obok tego co z niego zostało.









Oto drugi, mniej znany,  symbol Prypeci. Ukrywa się gąszczu naprzeciwko "Fujiyamy bis". Zdjęcie poniżej przedstawia punkt kontroli drogowej, bardzo typowy dla ZSRR. Droga, którą idziemy przegrodzona jest wałem ziemnym, który powstał po awarii w czasie kiedy zamknięto Prypeć.




Kołchoz jest w chwili obecnej trudno dostępny. Otacza go gęsty pas zieleni, droga w zasadzie już przestała istnieć. Poprzez zarośla widać zarysy budynków. Udało nam się przedostać na teren kołchozu.












Co się udało ukraść to ukradziono. Ciężka strugarka została bo zapewne nie było jak jej załadować na samochód. Tu złomiarze ponieśli klęskę.



Spenetrowaliśmy kilka budynków. Pozostała nam jeszcze wieża ciśnień w kołchozie. Zajrzeliśmy tam na chwilkę



 

Wejście na górę zostało zaspawane i zastawione jakimś żelastwem. Można by spróbować ale jest to mało bezpieczne. Rezygnujemy z wspinaczki i opuszczamy kołchoz.



Po opuszczeniu kołchozu wróciliśmy do Prypeci. Pojechaliśmy na obiad do elektrowni i wróciliśmy. Zapytałem Vasiliskę czy możemy zobaczyć Dworzec Autobusowy bo nigdy tam nie byliśmy. Dworzec autobusowy leży poza ogrodzoną Prypecią i strażnicy nie wypuszczają poza ogrodzony teren. Tym razem się udało podjechać autobusem pod budynek dworca. Vasiliska miała zapewne poczucie winy i starała się nam wynagrodzić stracony czas.










Wjechaliśmy do Prypeci. Autobus zatrzymał się na Placu Centralnym. Uczestnicy wyprawy rozeszli się w pośpiechu żeby wykorzystać czas do maksimum. Siergiej Akulinin opowiadał nam wcześniej, że w Prypeci jest Stacja Uzdatniania Wody i ma studnię głębinową. Jest tam wspaniała, zimna woda. Był nieznośny upał. Zgodziliśmy się chętnie żeby tam podjechać. Woda rzeczywiście była super!




Wróciliśmy na Plac Centralny Prypeci. Tym razem chodziliśmy już w trójkę. Ja Marek Giersa i Marek Rabiński. Na Placu Centralnym pojawia się, od czasu do czasu, flaga ZSRR.

 




Odwiedziliśmy Wydział Propagandy.





Przechodząc obok tajemniczego wjazdu spytałem Marka Rabińskiego czy był tam kiedyś. Opowiedział, że tak. Głupie pytanie, Marek był wszędzie i to wiele razy. Zeszliśmy po pochyłym zjeździe. Jak się okazało pod Centrum Restauracyjno Handlowym były rampy pod które podjeżdżały samochody dostawcze.












Marek Rabiński zaproponował żebyśmy poszli do Bursy Szkolnej przy ulicy Łazariewa. Znalazł tam ostatnio ciekawe materiały dotyczące likwidacji skutków awarii. Miał nadzieję na więcej. Przeszliśmy przez budynek Technikum Zawodowego Nr. 8.





















Niestety, nie było już tej kasy pancernej, o jakiej wspominał Marek. Znaleźliśmy inną. Była pusta.






 

Po opuszczeniu Bursy Szkolnej skierowaliśmy się do Kliniki Dziecięcej. Wszystkie miejsca związane z dziećmi jak przedszkola, szkoły czy też ten szpital dziecięcy wzbudzają emocje.



























































I oto już pożegnalne zdjęcia z tarasu widokowego Hotelu "Polesie".






Tego dnia Siergiej Akulinin, za zgodą Dyrekcji Elektrowni zawiózł nas na punkt widokowy. Mieliśmy jeszcze dużo czasu do odjazdu kolejki. Zrobiliśmy kilka zdjęć.







Autobus zawiózł nas na stację Semihody gdzie czekaliśmy aż do 20:40. Ostatni pociąg zawiózł nas do Sławutycza. Po drodze, jeszcze w pociągu, Siergiej zamówił kilka taksówek. Śpieszyliśmy się bo o 22:00 przewidziany był odjazd spod "Starego Tallinna" do Chaty Guta. Na mapie nazwano tę wioskę Cherwona Huta ale nie wiem czemu wszyscy mówią Chata Guta. Z dworca, w pośpiechu ewakuowaliśmy się na kwaterę. Zamówiliśmy taksówkę na 22:00. Szybki prysznic i już stała się godzina odjazdu. Szybkie zakupy w pobliskim sklepie. Doładowałem jeszcze kartę mojego ukraińskiego telefonu i udaliśmy się na kolacje. Kolacja zwana przez Siergieja Akulinina "dekontaminacją" to niesamowite przeżycie. Jedzenie ukraińskie jest bardzo smaczne. Bimber pędzony przez właściciela ma słodkawy smak i jest mętny. Ma jedną zaletę jest tani, 40 hrywien za butelkę 0,5 litra i ma te same właściwości co markowa wódka. Umie sponiewierać. Ja, niestety nie mogę pić bimbru, więc zawsze kupuję sobie wino. Najciekawszym jednak momentem wieczoru jest bania. Już po raz trzeci zamawiałem banię. Nic się nie zmienia oprócz ceny. Ale warto zapłacić żeby ukoronować wieczór. W bani spędzamy około godziny, może dwie. Już nie mamy się gdzie śpieszyć. Potem wracamy taksówkami lub jak co poniektórzy pieszo na kwaterę. Nocleg. Pobudka i pożegnanie  Sławutycza. Szybko. Za szybko.
Rano, już spakowani, udajemy się na Plac Centralny Sławutycza gdzie przy Dziecięcej Szkole Artystycznej stoi autokar. Pakujemy bagaże i jak zawsze składamy wieniec przy Pomniku Bohaterów Awarii Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. Jest to zawsze podniosła i wzruszająca chwila.
 


 

Pan Удовиченко Володимир Петрович, Mer miasta Sławutycz zaszczycił nas swoją obecnością. Tak się złożyło, że przeprowadzano z nim wywiad przy nowym Pomniku Anioła Nadziei w związku z kampanią wyborczą. Pan Удовиченко Володимир Петрович zobaczył naszą grupę i podszedł do nas, przywitał się i  chwilę porozmawiał.   



Złożyliśmy wieniec od uczestników wyprawy strefazero.org i pożegnawszy Sławutycz pojechaliśmy do Kijowa.
Zakwaterowanie w Hotelu "Turist", jak poprzednio. Nocleg i nazajutrz wyjazd do Muzeum Broni Rakietowej w okolicach  Pierwomajska.  Poniżej zdjęcia Hotelu "Turist" i wyjazd z Kijowa. Pogoda była przepiękna. Kijów zza szyb autokaru również.










Po kilku godzinach jazdy dojechaliśmy do Muzeum Broni Rakietowej w Pierwomajsku. Obecne Muzeum stworzono w jednej z wielu baz 43 Armii Wojsk Rakietowych. Sztab tej Armii mieścił się w Winnicy.  Muzeum z zewnątrz wygląda jak zaniedbany kołchoz. Tak wyglądała baza w okresie swojej świetności. Z zewnątrz widać kilka budynków, jakieś urządzenia i to wszystko. Oczekując na zwiedzanie fotografujemy sprzęt wystawiony na zewnątrz. Jak się później okazuje wszystkie te elementy napędowe, rakiety leżą od wielu lat na zewnątrz i nie widać na nich śladów korozji. Świadczy to jakości materiałów użytych do ich produkcji.


















Jedną z największych rakiet, którą zbudowano na świecie była rosyjska rakieta R36M zwana przez NATO - SS18 - "Satan". Rakieta ta mogła działać w środowisku skażonym.












Po kilkunastu minutach zostaliśmy poproszeni o wejście do budynku Muzeum gdzie jeden z pracowników przedstawił nam historię 43 Armii Wojsk Rakietowych.














W budynku Muzeum pokazano makiety punktu dowodzenia, który umieszczany był w jednym z silosów. Można go było wyjąć z silosu, przewieźć w inne miejsce. W silosie przebywało trzech żołnierzy pełniąc wachtę. Byli odizolowani od otoczenia.










W Muzeum zgromadzono wiele przedmiotów związanych z 43 Armią Wojsk Rakietowych. Broń, mundury. Na zdjęciu poniżej widać fragment silosu. Wszystkie silosy zostały zlikwidowane. Pozostawiono jedynie ten punkt dowodzenia w Pierwomajsku i przekształcono go w muzeum. Oprowadzali nas żołnierze, którzy wcześniej służyli właśnie w tej bazie. Jeden z nich opowiedział nam, że po likwidacji silosów, żołnierze rozformowanej armii, sprzedali stop metalu i każdy z nich wybudował sobie dom. Czy tak było czy nie, nie wiadomo.





Po tak ogromnej dawce historii i muszę przyznać, że przekazywanej nam z dumą ale jednocześnie z żalem i smutkiem, opuściliśmy budynek muzeum. Nagle pogoda zaczęła się psuć. Niebo zachmurzyło się. Zanosiło się na burzę.




Poszliśmy w kierunku ustawionych olbrzymich pojazdów. Teren bazy podzielony był pasami pól minowych. Nikt nie poruszał się na zewnątrz. Do wszystkich elementów bazy prowadziły podziemne korytarze.



W tym niepozornym budyneczku mieściło się gniazdo karabinów maszynowych. Żołnierze pełniący służbę spędzali tam kilka dni. Byli zamknięci i nikt nie miał do nich dostępu.





Oto nasz przewodnik, dawny żołnierz tejże bazy w stopniu pułkownika, który  oprowadzał nas po jej terenie.


Ten olbrzymi pojazd służył do pozycjonowania rakiety w silosie. W pewnym momencie posłużył nam za schronienie przed deszczem.


Ten pojazd służył do przewożenia rakiet. Oczywiście podczas normalnego funkcjonowania bazy te pojazdy nie stały ot tak sobie na górce.






Olbrzymi silos pokazuje z jak ogromnymi konstrukcjami mamy tu do czynienia.








Nie odmówiłem sobie przyjemności poprowadzenia samochodu dowożącego rakiety. Co prawda nie chciał odpalić ale sobie posiedziałem. W końcu podeszliśmy do olbrzymiego silosu, w którym był punkt dowodzenia. Na zewnątrz jest szereg czujników. Między innymi są rentgenometry, które jak powiedział nam oprowadzający, podczas awarii w Czarnobylu wykazały gwałtowny wzrost promieniowania. Nie zanotowano impulsu elektromagnetycznego. Nie było więc ataku ale nienormalna sytuacja. Co by się stało gdyby odpalono wtedy rakiety?





Cała baza wygląda bardzo niepozornie. Ot kilka budyneczków, zaniedbanych rozrzuconych pośród pagórków. Czy ktokolwiek podejrzewałby, że ten mały budynek kryje w sobie niesamowite urządzenia?



Po wejściu oczom naszym ukazuje się duża hala, w której znajdują się urządzenia chłodnicze. Olbrzymie agregaty chłodnicze zajmują cały budynek.






Tuż przy wejściu znajdowały się niewielkie schody, które zaprowadziły nas do tego korytarza. Byliśmy kilka metrów pod ziemią.



Korytarz doprowadził nas do windy, którą mieliśmy zjechać 12 pięter pod ziemię gdzie umieszczono punkt dowodzenia.


Samego zjazdu winą nie udało mi się zarejestrować. Tylko dlatego, że winda była trzyosobowa, a jechaliśmy tam w pięć osób. Nie było możliwości poruszenia się. W silosie było zimno. Zmarzliśmy już przed zjazdem. Trudno było robić zdjęcia w niewielkich pomieszczeniach. Zjechaliśmy na poziom gdzie były pomieszczenia socjalne załogi.




Potem zeszliśmy po drabince do części służbowej.







W części służbowej czy bojowej były trzy stanowiska. Ja siedzę na stanowisku dowódcy. Ażeby odpalić rakietę dowódca i oficer musieli jednocześnie przekręcić klucz i nacisnąć guzik. Klucza nie miałem ale guzik nacisnąłem. Nic się nie stało.


Po chwili weszliśmy do sekcji socjalnej. Ostatni rzut oka na pomieszczenia socjalne i wyjazd windą na górę. Potem długi na kilkaset metrów, podziemny korytarz i wyszliśmy tuż przy budynku muzeum, w którym byliśmy na początku.







Opuszczaliśmy Muzeum Wojsk Rakietowych z mieszanymi uczuciami. Oto udało się nam stanąć w miejscach, do których wcześniej nikt by nas nie wpuścił. Jak to się stało, że nagle możemy przyjechać na Ukrainę do Czarnobyla?
Po kilku godzinach wróciliśmy do Kijowa. Było już późno i wieczorem nikomu nie chciało się nigdzie chodzić. Pobliski McDonald zaspokoił głód.
Nazajutrz mieliśmy trochę czasu do odjazdu autokaru. Pojechaliśmy na Kreszczatik. Bez celu. Zjedliśmy śniadanie w Puzatej Chacie na Kreszczatiku. Ciekawostką jest karuzela, która się tu pojawiła i przyciąga wszystkich chętnych.


Za chwilę, mieliśmy okazję obserwować paradę młodzieży. Nie wiem czego dotyczyła ta manifestacja ale wszyscy wyglądali na zadowolonych.






Kreszczatik nagle przechodzi w wielki Plac - Majdan Niezależności, z którego łatwo można dojść na Plac Sofijski, a potem Michajłowski. Stąd już blisko na Włodzimierzowską Górkę.









Po drodze jest Funikuler . A oto i przepiękna panorama Kijowa. Moje zdjęcia tego nie oddają bo jeszcze nie umiem robić dobrze zdjęć ale dla mnie widok z tego wzgórza jest niezwykle cenny. Budzi niesamowite emocje. Nie wiem dlaczego Kijów jest dla mnie taki ważny. Nie ma żadnych osobistych związków z Ukrainą.



A most jeszcze nie został ukończony. Jego budowa trwa już podobno ze dwanaście lat. Miał być skończony na Euro 2012. Miał być.


W parku znajdujemy ukryte pośród drzew przeróżne rzeźby. Wydaje mi się, że jest to typowe dla Ukrainy  zjawisko. W Sławutyczu też jest mnóstwo rzeźb w parku i na ulicach.




A oto i pomnik  Włodzimierza Wielkiego, który przyjął chrześcijaństwo i dokonał chrztu Rusi Kijowskiej.
Wróciliśmy na Kreszczatk, gdzie już trwała w najlepsze impreza. Występowały zespoły dziecięce. Śpiewano, tańczono. Obserwowałem za pomocą teleobiektywu ludzi. I to jest właśnie to co zobaczyłem.


Można sobie zrobić zdjęcie w przebraniu królewny, księżniczki czy  ogólnie rzecz ujmując damy!







Piękna, kulista fontanna jest dość charakterystycznym miejscem. Tu umówiliśmy się telefonicznie z Pawłem Mielczarkiem, który przyjechał na  Kreszczatik. Taka temperatura była wtedy w maju 2012 roku.











Pożegnaliśmy Kreszczatik. Pojechaliśmy metrem do Hydroparku, gdzie spędziliśmy kilka godzin nad brzegiem Dniepru. Było ciepło, pięknie. I tak powoli kończył się nasz czas w Kijowie. I się skończył. Powrót autokarem jest już w zasadzie smutny. Oto wszystko już było, już się skończyło. Szkoda. Granica zawsze jest przeżyciem. Pochłania mnóstwo czasu. Wszystko zależy od humoru naszych pograniczników i celników. Czasami trwa to piętnaście minut, czasami godzinę. Bywało, że i sześć godzin spędzano na granicy. Powrót do Warszawy odbył się tym razem bez żadnych problemów. Potem pociąg do Białegostoku i skończyło się...Do następnego razu.

3 komentarze:

  1. Bardzo ciekawa wycieczka na Ukrainę. Tam jeszcze nie było, ale widać, że sporo pozostałości jest z byłego systemu. ;)

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie. :)

    OdpowiedzUsuń